niedziela, 21 grudnia 2014

Olive Kitteridge

Grudzień nie sprzyja blogowaniu. Ciągle coś. Mam trochę zaległości, obejrzałam kilka filmów, seriali, odnalazłam płytę, która mi robi jesień i zimę. Kiedy się zastanawiałam, o czym by tu tym razem mózg podpowiedział mi jeden tytuł: "Olive Kitteridge".

Co mnie przekonało do obejrzenia? Po pierwsze przedrostek "mini". Po drugie ona, jedna z moich ulubionych, której na szczęście coraz więcej - Frances McDormand czyli moja ukochana Marge z "Fargo". Po trzecie Bill Murray, do którego mam po prostu słabość.
Serial jest jak najbardziej obyczajowy. Opowiada o losach nauczycielki - Olive, jej męża farmaceuty Henry'ego (kolejny master of disaster - Richard Jenkins) i różnych postaciach przewijających się w kolejnych odcinkach, A odcinki są cztery. Tylko cztery i aż cztery. Tak intensywne, wietrzne i dobrze przegadane. Pełne ciętych ripost i smutnych oczu. Pięknych zdjęć, muzyki. No rozpływam się w ochach i achach. Odcinki (części) podzielone są na rozdziały. Każdy rozdział niby o czymś innym, jednak wszystkie nitki sprawnie łączą się w całość lądując zawsze w tym samym miejscu, czy raczej w tej samej osobie - Olive.

Olive. Temat rzeka. Rzadko mi się zdarza kogoś uwielbiać i nie znosić jednocześnie. Inteligencja tej kobiety, jej teksty, riposty tak trafione w punkt, zamykające usta towarzystwu. Z drugiej strony chłód, brak lekkości, jakiegoś takiego luzu, może trochę wewnętrznego dziecka. Z jednej strony mądrość życiowa, zaradność, z drugiej zasady wpojone kiedyś tam, brak zrozumienia dla innych. Mam wrażenie, że ta kobieta składa się z dwóch postaci. Czasem wychodzi z niej człowiek. Częściej jednak zołza, którą uwielbiam.
Henry. Mąż. Farmaceuta. Kochany do szpiku kości. Miły, uczynny, dobroduszny, uśmiechnięty, do rany przyłóż. Trochę sierota, trochę ciepłe kluski ale myślę, że kotka z wysokiego drzewa uratowałby z pocałowaniem ręki. Jako tata - gigant. W końcu rolę złego policjanta w domu pełni szanowna małżonka. Oj, kocha Henry tę swoją Olive, kocha. Pewnego dnia jednak pojawia się w jego życiu i aptece młoda dziewczyna, niezbyt urodziwa, której Henry staje się przyjacielem i takim jakby trochę aniołem stróżem. Olive oczywiście za dziewczęciem nie przepada (zresztą za kim ona przepada?), jest ciut zazdrosna o męża ale jakby ktoś pytał to wcale tak nie jest.
Christopher (John Gallagher Jr.). Syn. Poznajemy go jako młodego dzieciaka, znajomość kończymy w dorosłym życiu. Christopher, który jest moim bohaterem. Jedyny, który wykrzyczał matce wszystko w twarz. Jedyny, który nie bał się konsekwencji, zerwania więzi. Też tam się mu życie niezbyt układa, też z kobietami średnio ale kij. Z rodzicami rozmawia się ciężko i raczej się im wiele wybacza. Nie przychodzi się nagle i nie wygarnia traum, dziwnych przeżyć i niepowodzeń wychowawczych. Zawsze jest gdzieś tam z tyłu głowy myśl, że to jednak matka i ojciec. Christopher jednak zlewa konwenanse i chwała mu za to. Podziwiam za odwagę.
Reszta bohaterów to postaci przewijające się przez jeden odcinek, czasem przez wszystkie cztery. Jest mój ulubieniec - Bill Murray, już taki stary i obwisły, że aż piękny. I siedzę, oglądam te kolejne odcinki, czekam na niego, a jego tak mało, prawie wcale ale za to jak! Dla mnie - kluczowa postać ratująca całą beznadziejną sytuację, o której napisać nie mogę. Zobaczyć trzeba.

Przepiękne zdjęcia, wiatr, szum wody i ten durny zwyczaj picia kawy w filiżankach do obiadu. I niby to nic takiego. Niby taki zwykły serial obyczajowy. Umieszczam go wysoko, nie wiem, czy nie w pierwszej trójce, chociaż teraz świat filmowy serialami stoi i ciężko wybrać te najlepsze.
No i jeszcze czołówka, którą mogłabym oglądać i oglądać. Polecam. Wszystkim z naciskiem na wszystkich. Nie odkładajcie na kiedyś tam. To tylko cztery wypełnione genialnością odcinki. 

czwartek, 4 grudnia 2014

CBGB


Dwie rzeczy (rzeczy?) na tym świecie bardzo mnie biorą. Film i muzyka. Jeśli zdarza się film opowiadający w jakikolwiek ciekawy sposób o muzyce - jestem ugotowana. Uwielbiam "Moulin Rouge", "Frozen" i "Króla lwa". Trudno. Tak mam. Uwielbiam "Hair" i Josepha Gordona Levitta, który śpiewa "Here comes your man" w "500 days of summer".
I tak wpadł mi w ręce przekapitalny film "CBGB". Prawdziwa historia klubu muzycznego,  w którym to zaczynali swą muzyczną przygodę najwięksi tego świata. Kogo tam nie było! Blondie, Talking Heads, The Police, Ramones, Patti Smith. 
(prawdziwy klub w latach świetności)

Otóż koleś imieniem Hilly, taki wiecie, co to na etacie nie za bardzo, z żoną też nie, córka gdzieś tam w świecie, brzuch wielki, włos w nieładzie i wierny pies u nogi wynajduje sobie dnia pewnego straszną norę na Manhattanie. Taki bar podrzędny z jednym klientem i szczurem do pary. Postanawia stworzyć z tego czegoś klub muzyczny. Nie ma kasy, nie ma w zasadzie nic ale chce coś zrobić ze swym jakże ciekawym życiem. Otwiera zatem klub. Pomaga mu wierny przyjaciel - Merv, który ot tak, dzień, czy noc, chadza w git żółtym kasku. Niestety, jak to zwykle na początku bywa, nic nie idzie zgodnie z planem. Kasy nie ma, są za to szczury i banda kolesi z gangu motocyklowego (w tym mój ulubieniec z "Sons of Anarchy" jakże owłosiony i brodaty Ryan Hurst). Ale Hilly ma cel. Nazywa swój klub "CBGB" - Country, Blue Grass, Blues. Chce by w jego klubie grały młode zespoły uprawiające te właśnie gatunki muzyczne. Pewnego dnia klub odwiedzają młodzi kolesie, których muza mało ma wspólnego ze wspomnianymi wcześniej gatunkami i tak pomału, pomału w CBGB zaczynają grać młode punkowe i punk rockowe zespoły. Świetne są sceny, kiedy Hilly siedzi na krześle, przesłuchuje zespół i mówi "Zdecydowanie coś w tym jest". Do klubu zaczyna przybywać coraz więcej ludzi, w końcu robi się dziki tłum szalejący w rytm muzyki. Kobiety tańczą, faceci chleją, ktoś ćpa, ktoś uprawia seks w kiblu, ktoś wymiotuje komuś na buty. Szał ciał, młodość panie!
Świetnie się to ogląda. Całość komiksowa, co rusz pojawiające się charakterystyczne dymki i fajna, surowa kreska. Wszystko okraszone muzyką z marzeń. Talking Heads grający "Psycho killer" i Patti Smith śpiewająca "Because the night". Iggy Pop szalejący na scenie, tworzący duet z Debbie Harry. 
Każdy, kogo młodość w poprzednim życiu przypadała na lata 70te zakocha się w tym filmie. Pozazdrości Hilly'emu i będzie chciał tak, jak on. Jeden człowiek skupiający wokół siebie takich artystów? To się nie zdarza. Kijowe miejsce, jakaś buda zabita dechami, koleś, któremu nie zależy na biletowanych koncertach i czystej toalecie. Koleś, który zatrudnia przypadkowych ćpunów. Koleś, któremu muzyka tyle zawdzięcza. 
Alan Rickman, którego głos przyprawia mnie o dreszcze. Naturalny, luźny, trochę ciapowaty.  Pattti Smith (Mickey Sumner), której charyzmą można by obdzielić pół świata. Debbie Harry (Malin Akerman), której styl mnie powala, a połączenie groszków z paskami spędza mi sen z powiek. Naprawdę ten film to jest COŚ.

Doczytałam, że klub zamknięto w 2005 roku. Mieszkańcy Bowery dość mieli całej tej imprezowej atmosfery i zaczęli protestować. Spoko, klub wycisnął chyba wszystko, co się dało. Hilly Kristal zmarł w 2007 roku na raka płuc. Klubu nie ma. Do dziś stanowi wizytówkę Nowego Jorku. Do niedawna artyści oddaliby wszystko, żeby zagrać u Hilly'ego. Udało się to naszemu rodzimemu Perfectowi i Armii. Zazdroszczę. Stanęłabym i wyryczałabym do mikrofonu co nieco, gdybym tylko miała taką szansę. Byle poczuć ten klimat, te brudne, zabeblane flamastrami ściany i usłyszeć "zdecydowanie coś w tym jest". Myślę sobie, że rzadko się zdarza (o ile w ogóle) taki ktoś, kto potrafi zebrać w jednym miejscu tylu geniuszy. Jakichkolwiek. Muzycznych, filmowych, teatralnych. I to bez żadnego napięcia. Z totalnym luzem i wiecznym "łoteeeweerrrrr". I to jest chyba klucz do sukcesu. Królestwo i konia za jednego Hilly'ego w dzisiejszym świecie. Polecam!

(zdjęcia pochodzą ze stron: www.youtube.com, wikipedia.org, o.canada.com)

środa, 19 listopada 2014

Szybki szpil numer 4

Bez wstępów zbędnych przechodzę do tematu (a tak serio - muszę się spieszyć, co by na komunikację miejską zdążyć).

"Spring breakers". Nie chciałam tego oglądać. Ciekawa byłam Jamesa Franco w całkiem nowej odsłonie ale żeby tak sama z siebie, bez przymusu, to nie. Ale jednak. Pudło zapodało i na szczęście obejrzałam. Świetnie się to ogląda. Opowieść o czterech młodych dziewojach, które marzą o spędzeniu przerwy wiosennej na Florydzie. Brak kasy = napad na podrzędny bar, wymachiwanie plastikową bronią i kominiarki, hell yeah. Po zdobyciu kasy następuje Floryda, a wraz z nią morze cycków, cycków i nie wiem, czy już wspominałam, ale cycków. Potem jest alkohol, narkotyki, seks, bikini, plaża, słońce i cycki. Wszelkiej maści. W końcu pojawia się on - James Franco, który warkoczykami, tatuażami, klatą oraz rzędem złotych zębów podbił moje serce! Genialna rola. Bałam się, że zaraz zza krzaczka wyskoczy Seth Rogen, na szczęście, ufffff, nie ma. Dziewczęta wchodzą z Jamesem w relację pełną seksu, kasy i broni, napadają, kradną, wymachują cyckami i odziane w różowe kominiarki podbijają kosmos. Kurde, jak to się ogląda. Jeden wielki, kolorowy teledysk. Satyra na tę całą przereklamowaną młodość, na te blond wypindrzone laski i na tych kolesi bawiących się w gangsterkę. Wszystko przerysowane, różowe, błękitne, świetne po prostu. Kicz w najczystszej postaci. Eksperyment, którego nie da się oprawić w ramki i powiesić na ścianie. Dramat? Komedia? Sensacja? Nie wiadomo. Coś, co wychodzi poza utarte schematy. Polecam, szczerze, ciekawe, nowe doświadczenie. Zachęcam tą sceną: 
Teraz sobie zrobię dobrze:

"Drakula". Ponieważ jestem psychofanką Garego Oldmana i psycho anty fanką Keanu Reevesa - musiałam. Od lat sobie powtarzałam "musisz to zobaczyć" ale ciągle było nie po drodze. Coraz częściej nowe filmy mnie rozczarowują, nie pokazują niczego odkrywczego, napychają tonę efektów specjalnych i trochę mi się odechciewa. Na szczęście lata przypadające na moje dzieciństwo i szczeniactwo obfitują w tyle pereł, że żal nie oglądać. Do hymnu! Wszyscy to znają. Drakula wyruszający w podróż, poszukujący dziewczyny, przypominającej mu jego dawną, utraconą miłość. Wampir (Gary, moja szyja należy do Ciebie!) nie przebiera w środkach, zabija, gryzie i walczy, byle dostać się do swej ukochanej Miny. Wspomnieć trzeba (niestety) o Keanu, który przybywa do zamku Drakuli, by zająć się jego interesami. To właśnie jego dziewczę budzi w Drakuli zwierzę. Keanu zostaje uwięziony, molestowany przez seksowne wampirki (w tym Monicę Belluci) i w całej swej mądrości odkrywa, że Drakula to samo zło i trza go powstrzymać. Ucieka zatem i biegnie na ratunek, och!. Poznajemy też genialnego profesora Van Helsinga (Anthony Hopkins), który wie, jak pokonać Drakulę. I tak, Nie będę już pisała co i jak, każdy to musi zobaczyć. Nie ma już takich filmów. Obrzydzenie połączone z fascynacją. Obleśność, która jest piękna. Ohydny wampir, którego chcę poznać. Dzisiejsza technika nie jest w stanie mi tego zafundować, sorry, pal. Ta scena, w której przyjaciółka Miny - Lucy, idzie nocą w czerwonej, zwiewnej sukni. Przemierza ogród, labirynt, by ulec pożądaniu i złączyć się w miłosnym uścisku z potworem. Wizualne i emocjonalne cudo. Nie wiem, kto jest reżyserem tej całej serii "Zmierzch", ale powinien Coppoli buty pucować. Codziennie.

"Bliskie spotkania trzeciego stopnia". I znowu. Stare ale jak najbardziej jare. Zaczęło się od tego, że poszłam na "Interstellar" i tak się wściekłam, że musiałam jakoś tę złość odreagować. Czekałam miesiącami na Nolana, odliczałam dni, godziny i minuty. I wielkie nadzieje okazały się wielkim niczym. Z dnia na dzień moja ocena niebezpiecznie leci na łeb na szyję, a im dłużej o tym filmie myślę, tym bardziej wydaje mi się po prostu głupi. Ale nie o tym. Co by uwierzyć raz jeszcze w saj faj i życie gdzieś tam obejrzałam "Bliskie spotkania....". Jaki to jest film! Historia, jakich wiele. Ufoki odwiedzają ziemię. Pewnego dnia na niebie pojawiają się dziwne pojazdy, a nasz główny bohater - Roy (Richard Dreyfuss) zaczyna świrować. Wszędzie widzi coś, co kształtem przypomina wielką, brązową górę. Rysuje, układa, nawet puree ziemniaczane przerabia na ów obiekt. Opętany. Kolejną bohaterką jest Jillian (Melinda Dillon), która także jest świadkiem dziwnych zdarzeń. Mieszka z synkiem, który ginie w niewyjaśnionych okolicznościach (wiadomo, porywają go ufoki), też wszędzie widzi brązową górę i generalnie nie ogarnia. Nie będę zdradzała dalszego ciągu. Ja naprawdę nie jestem wielką fanką Stevena Spielberga (ponoć nieźle wkurza mieszkańców Wrocławia, nie mogą biedaki, dostać się do pracy, bo "jakiś reżyser" kręci film) ale ten film rządzi. Świetny klimat, napięcie, tajemnicza góra. Wszystko prowadzone po sznurku, po kolei. Naprawdę jestem oczarowana. I rozwikłałam też tajemnicę swojego życia - wiem już dlaczego katowicki Spodek wygląda tak, jak wygląda. Protoplastuś występuje u Spielberga. I ta melodyjka, te parę dźwięków służących do komunikacji z obcymi. Wreszcie same ufoki. Przyjazne, ładne i grzeczne. Dziękuję, ufoki są spoko! Nie ma się czego bać! Jak porywają to zawsze oddadzą. To się chwali!

Podjęłam się także nie lada wyzwania. Zachęcona trailerem i doświadczeniami z serialami HBO obejrzałam (czy raczej wynudziłam na siłę) trzy odcinki polskiego (wiem) serialu "Wataha". Kolejny raz utwierdziłam się w przekonaniu, że polskie kino to nie dla mnie. Może i nawet historia całkiem spoko - oto mamy tytułową watahę - strażników granicznych, którzy pewnego dnia wybuchają w powietrze. Ot tak. Nie wybucha parę dosłownie osób, w tym główny bohater - Rebrow. I cała akcja polega na wyjaśnianiu tego, co zaszło. Nie wiem, co zaszło, nie oglądałam. Poziom aktorstwa w tym serialu mnie boli. Jeżeli ktoś wypowiada "kurwa" jakby grał Hamleta - nie, dzięki. Jeśli ktoś cedzi słowa, bo przecież dykcja, dykcja, raz dwa trzy, oddech - nie, dzięki. Przedszkolaki śpiewające "Czarny ma mundur" z okazji Barbórki mają więcej talentu aktorskiego. Serio. Nie polecam, szkoda czasu. Zawód na całej linii, napięcia zero, emocji zero. 

No dobra, na koniec ten cały "Interstellar". Nic miałam nie pisać, uznać za wypadek przy pracy i zapomnieć. Ale nie daje mi to spokoju. Chce mi się gadać i dyskutować, żeby zrozumieć dlaczego Nolan to zrobił? Dlaczego tłumaczy mi każdą scenę jakbym miała cztery latka? Dlaczego robi z bohaterów debili? Dlaczego uczestnicy całej tej akcji tłumaczą sobie co to jest np.czarna dziura? Serio? To tak jakby dwie nauczycielki matematyki tłumaczyły sobie, co to jest iloczyn. Boże mój! I wreszcie mój hit, którym komentuję wszelkie posty dotyczące tego filmu: "Miłość pokona czas i przestrzeń". Ej, no wiadomo! Miłość, kurde wszystko pokona. Głód, choroby i wojen nie będzie. Och, ta wspaniała miłość. Nie będę pisała o czym, bo większość już widziała, poza tym, wiadomo o czym. No i Matthew. Tak go wynosiłam na piedestał. A teraz? Zagrał Rustem. Te same miny, akcent i nawet piwo pił tak samo! Nie wiem, co się z Nolanem dzieje ale słabo. Efekty, zdjęcia, cały ten obyczajowy początek filmu super. Te tony pyłu, łany kukurydzy, tata taki fajny. Ale potem cóż. Sprawa się rypła. Żałuję, bardzo żałuję. Jestem wielbicielką Nolana od zawsze, saj faj uwielbiam, napaliłam się jak rzadko. Szkoda. 
Ok, to tyle. Jeszcze w tym tygodniu napiszę o serialu "Fargo". A jest o czym pisać. 
Aloha!
(zdjęcia pochodzą ze stron: filmidlo.pl, movieposter.com, stopklatka.tv, hatak.pl, interstellar-movie.com)

poniedziałek, 3 listopada 2014

Furia

Rzadko mi się zdarza śpiewać pieśni pochwalne ku czci filmów wojennych. Są pojedyncze przypadki, może z trzy. Zazwyczaj się nudzę, męczy mnie cała ta rozwałka i męskie klimaty. Dlatego też na "Furię" poszłam z lekką obawą, mimo, iż trailer baaaaaardzo mnie zachęcił (ok, Brad mnie zachęcił).

Klasyczna amerykańska epa. No, jak ja to lubię. Mamy oto załogę czołgu pod nazwą "FURY" (zamienić F na D, zmienić szyk i RUDY jak w mordę strzelił;) ). Sierżant Don (boski Brad), co to z niejednego pieca chleb jadł, niejednego Niemca zabił, a i filozoficzną gadkę zapodać umie, do rozsądku przemówić. Biblia (Szyja LaBeouf), spokojny, bardzo wierzący z wąsem jak się patrzy, płaczący co rusz. Gordo (Michael Pena) - mehiko gaj, wprawiony w bojach, lubi się napić i wyrwać jakąś wojenną laskę. Grady (Jon Bernthal) - najbardziej obleśny spośród całej załogi, prosty koleś wykonujący swoją robotę i wreszcie Norman (Logan Lerman), który przypadkowo zasila szeregi "Furii" zastępując zmarłego żołnierza. Ekipa życia. Serio. Męska sztama, tona testosteronu, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Niby są tam jakieś ciche pretensje i niedomówienia ale hu kers, kiedy stado Niemców czeka na likwidację.
Załoga "Furii" wyrusza na front zabierając ze sobą nieopierzonego Normana i zaczyna się zabawa. Oto ze zwykłego kolesia piszącego na maszynie, młodego dzieciaka, który w życiu nie trzymał broni w ręku Norman zamienia się w egzekutora. Musi zabijać jak leci, zapomnieć o sentymentach i zasadach, że jak dziecko to nie, a jak kobieta to delikatnie. Nie ma zmiłuj. W końcu ekipa się zgrywa i dawaj! Przemierza "Furia" front i to jak. 

Ja wiem, że recenzje ten film ma różne. Ale jeśli ktoś z Was choć trochę mi zaufa - nie pożałuje.
Jest brud, smród i ubóstwo. Są flaki, rzygi i fucki. Są łzy, dylematy i strach okrutny. Są wreszcie TE sceny, które budują cały film. 
Pierwsza - kiedy Brad uczy Normana zabijać. Kiedy leje go po twarzy i chce zrobić z niego mężczyznę w przeciągu jednej minuty. Kiedy Norman miota się i wyrywa chociaż wie, że to,  cholera, jest wojna. Genialna scena, która na długo pozostanie w mojej pamięci.
Kolejna - iluzja rodzinnego obiadu w jednym z niemieckich domów. Znowu duet Brad - Norman. Dwie Niemki, porcelana, piękne suknie, loki i pąs (ok, klata Brada również ma tutaj znaczenie, nie będę ściemniała, że mnie nie bierze), jajka sadzone, sztućce błyszczące. I widzę "Bękarty wojny" i to napięcie podczas rozmowy Michaela Fassbendera z majorem Hellstromem i to oczekiwanie na wielkie jebut i ja to dostaję. W tej scenie. W tym niemieckim domu, pośród dźwięków pianina i słodkich całusów. Dawno nie czułam takiego napięcia i strachu o bohaterów. Takiego klimatu, ułudy, że przecież jest normalnie, dzień zwykły dzień, deszcz na twarzy. Gdyby Oscary przyznawano za sceny miałabym swojego faworyta.
I jeszcze scena otwierająca film. SS man na koniu. Patrzę i wiem, że to będzie dobry film.
Muzyka. Pode mnie. Chóry wyśpiewujące podniosłe pieśni, niestety po niemiecku, ale da się przeżyć. Ciężka, mocna, głośna, podbijająca atmosferę.
Barwy, wszystko takie szaro buro nijakie, brązowe i błotniste. 
Aktorsko - najwyższy poziom. Brad jest klasą samą w sobie, nic nie muszę pisać. Bałam się trochę tej jego charakterystycznej maniery (en aj łon maj skalps!!!) ale uniósł, nie powtórzył i było genialnie.Świetna postać, taki ojciec, co to mądrze powie, a jak trzeba to opieprzy z góry na dół, co to niczego się nie boi i walczy do końca, nie ucieka. 
Koleś z "Walking Dead" (Jon Bernthal) zaczyna być niezłym mastachem. Jest w "Furii" tak obleśny, że aż go polubiłam. 
Szyja spoko, acz za dużo płacze ale to delikatny chłopak jest, poza tym ma dopiero 28 lat, co on może wiedzieć o życiu;). 
O panu Pena się nie wypowiadam, bo wiadomo, że jest świetny, co prawda zazwyczaj gra siebie ale niech ma, skoro jest zapotrzebowanie.
No i wreszcie na koniec Norman. Co to za chłopak jest w ogóle? Skąd on się wziął? Oj, wróżę mu wspaniałą przyszłość z milionem młodych kobiet u stóp. Świetna rola, ten strach w oczach i to wkurzenie (wkurwienie raczej), ta niewinność i przeobrażenie z chłoptasia w mężczyznę. Zapamiętajcie to nazwisko. On nam jeszcze pokaże.
Czuję się tym filmem przytłoczona, przygnieciona i wypluta. Czuję się brudna. Jeśli miałabym kiedykolwiek wyobrażać sobie wojnę to wyglądałaby ona właśnie tak. Człowiek człowiekowi świnią ale świnią skłonną do refleksji. Świnią, która chleje, zabija i uprawia brudny seks w czołgu. Świnią, która odda życie za przyjaciela i za ojczyznę. Świnią, która jest pozbawiona złudzeń i nadziei. I dziękuję, że reżyserowi nie wpadł do głowy genialny pomysł pod tytułem - jestem siostrą, pracuję w polowym szpitalu, ożeń się ze mną. Nie ma czasu na sentymenty i historie miłosne. A jeśli jest, to szybko następuje konfrontacja z rzeczywistością i z miłości zostaje ciało pod gruzami. 
Nie bójcie się, idźcie do kina. Gdyby wszystkie filmy wojenne tak wyglądały byłabym fanką gatunku. Polecam bardzo. I jeszcze zdjęcie, które jest przegenialne. Nie jest to scena z filmu. To jest ekipa przez duże E.

(zdjęcia pochodzą ze stron: blacktree.tv, www.theguardian.com, closingcreditsuk.wordpress.com)

Acha, ogłoszenie parafialne.
Zapraszam na fejsa  (trza iść z duchem czasu): https://www.facebook.com/fomohaber

wtorek, 28 października 2014

Politechnika


Październik miesiącem Denisa. No, może końcówka miesiąca. Obejrzałam "Pogorzelisko", parę dni później zafundowałam sobie powtórkę z rozrywki pod tytułem "Prisoners" (nie napiszę polskiego tytułu. bojkot cholera jasna. Jak można zrobić taki spoiler? Potem człowiek ogląda i myśli "Jaki ten Loki głupi, jak mógł nie zauważyć wisiorka itd." No mógł. Też bym nie zauważyła gdyby nie ten durny tytuł. Uffff! ), a ostatnim "hitem" jest "Politechnika". Ja nie wiem, co to jest ale im bardziej bolący film, tym lepszy. Dla mnie lepszy.
"Politechnika" to film opowiadający o autentycznych wydarzeniach, jakie miały miejsce 6 grudnia 1989 roku w Montrealu. Otóż niejaki Marc Lepine wkroczył na uczelnię - Politechnikę Ecole i zaczął strzelać do studentek, raniąc przy okazji paru osobników płci męskiej. W rezultacie postrzelił 28 osób, z czego zmarło 14. 14 młodych kobiet z widokiem na fajne wykształcenie i pewnie niezłe życie. Po prostu, z widokiem na życie. W internecie przeczytać można list Lepine, zresztą z filmie też się pojawia. Sranie w banie o tym, jakie to feministki są okropne i jak zniszczyły mu życie, świat i generalnie wszystkie powinny znaleźć się głęboko pod ziemią. Cóż. Dla psychola każdy powód jest dobry.

Do filmu!
No film prześwietny. Dziwnie mi pisać o świetności w kontekście wydarzeń, które przedstawia, a jednak spróbuję jakoś oddzielić rzeczywistość od filmu. Klimat. Cisza, niewiele słów. Spojrzenia głównego bohatera, nieobecne zupełnie oczy, spokój. Moja ukochana zima, śnieg, a co za tym idzie - cisza. Kompletna cisza. Muzyka, spokojna, głównie samo pianino i znowu cisza. Film jest czarno - biały, co jeszcze bardziej, moim zdaniem, podkreśla całą masakrę (plakat jest kolorowy, spoko zagranie). I te ujęcia, te długie korytarze, studenci palący papierosy, uczący się, słuchający muzyki, rozmawiający pewnie o pierdołach. Ksero, długa kolejka i on - Jean-Francois, chłopak, który po wszystkim stara się pomóc, stara się zrozumieć. Chłopak, który czuje się winny mimo, że przecież to nie on jest tym gnojem ze strzelbą. Chłopak, który nie daje sobie z tym wszystkim rady...
Poznajemy też bohaterkę, która przeżyła tę masakrę i jakoś próbuje pomału puzzle poukładać. Ale ciężko jest, fest ciężko.
Nie ma co się rozpisywać. Film jest genialny. Napięcie, myśl, że może jednak koleś oprzytomnieje i coś mu do tego tępego łba wpadnie. Nadzieja, że przecież pewnie tylko tak straszy i grozi. Jednak nie. Masakra na całej linii. Nie ma zmiłuj. Jesteś kobietą - giń. Nie próbuj uciekać i tak cię dopadnę. Jesteś kolesiem - masz wielkie szczęście. 
Podoba mi się obiektywizm. Villeneuve nikogo nie ocenia. Po prostu pokazuje. Surowo bez żadnych historyjek pod tytułem "zabójca jest taki, bo mama go nie kochała". Nic. O Lepine nie wiemy tak naprawdę nic. Pisze list, strzela do ludzi, strzela sobie w łeb i koniec. I można znać historię Masakry w Ecole Polytechnique na pamięć. Można przeczytać milion artykułów na ten temat, a i tak nie jest się w stanie obejrzeć tego filmu w spokoju. Siedziałam jak na szpilkach, gryzłam pazury, a każdy strzał powodował u mnie stan przedzawałowy. Dziękuję, o Denisie, po raz enty, mam nadzieję, nie ostatni.
Jeden mini minus - ciut momentami widziałam "Słonia" Gusa Van Santa. Ujęcia korytarzy szkolnych. Długie, puste korytarze. Ale w sumie, skoro tak wyglądają ichniejsze szkoły. 
Jeśli miałabym zrobić wyścig po złoto wyglądałoby to tak: 
1. "Enemy" i "Politechnika"
2. "Pogorzelisko"
3. "Prisoners" (ale głównie przez ten pieprzony spoiler, który mi zepsuł cały seans)
Czekam na kolejne filmy bo co jak co, ale papkę z mózgu lubię.
A Tobie, Patryku o Patryku (ponapisach.blogspot.com) podziękowania ślę. Za polecenie oraz za umożliwienie ;). 
(zdjęcia pochodzą ze stron: stopklatka.pl oraz pl.wikipedia.org)

wtorek, 21 października 2014

Pogorzelisko

Denis. "Prisoners", które zryło mi psychę na wiele dni i "Enemy" - ten dziwny piszczący odgłos pająka na ścianie słyszę do dziś. Jak pewnik to pewnik - z tą myślą zasiadłam do "Pogorzeliska". Zaczęłam nerwowo przebierać nogami, obserwować sufit, zasłonę, robić herbatę i przyglądać się ramkom na ścianie - tak mnie wynudził początek. Przydługie ujęcia, coś jak w polskim filmie, który przecież kocham i pasjami oglądam. Twarz, cisza, nic się nie dzieje, niech już, cholera, ktoś coś powie...ale nie. Denis! Jak dobrze, że to przetrwałam. Już nie pamiętam o tej początkowej nudzie. Pamiętam tylko smutek, dramat i przygnębienie. Pamiętam świetną historię, napisaną z mózgiem, po nitce, do kłębka i tę końcówkę. I to zdanie, co to je na długo zapamiętam:"Czy jeden plus jeden może być jeden?". 

Ciężko pisać o tym filmie, łatwo można się zagubić i zrobić taki spoiler, że ho ho. Jestem sobie przewdzięczna, że nie wiedziałam o tym filmie nic, nie czytałam, nie sprawdzałam, jak to mam w zwyczaju, nie pytałam i z pustą głową podeszłam do tematu.
Bliźniaki (mam, kurde, słabość) Jeanne i Simon udają się na odczyt testamentu. Zmarła im matka - Nawal. Notariusz czyta i czyta, a bliźniaki robią coraz większe oczy. Okazuje się zatem, że posiadają gdzieś tam w świecie brata oraz ojca i muszą koniecznie ich odnaleźć ażeby wręczyć im list napisany przez Nawal. Początkowo Jeanne sama podejmuje próbę, później dołącza do niej brat i tak pomału odsłaniane są kolejne karty z życia matki, kolejne historie, dramaty i tragedie.
Tyle o fabule, to, co wydarzy się potem każdy musi zobaczyć sam. 

Wkurzona jestem. Zła, wkurzona i oburzona. Nikt z nas nie może zdecydować o tym gdzie i kiedy się urodzi. Dlaczego pieprzone życie dla jednych jest bajką, a dla drugich koszmarem tylko i wyłącznie przez to, że urodzili się nie tam, gdzie trzeba? Nawal, pochodząca z rodziny chrześcijańskiej, tocząca wieczną walkę, będąca świadkiem mordów na zasadzie - brat zabija brata. Chrześcijanin z Matką Boską na karabinie. Nawal pokazująca fakolca tak wielkiego jak stąd do Kambodży. Fakolca religii, w której ją wychowano. Nawal, jedna z najtwardszych bohaterek jakie miałam okazję oglądać. Nawal, która ze zwykłej matki wariatki staje się nagle bohaterką, kobietą, która śpiewa i trzyma język za zębami jak nikt. Nawal, której oczy są przygnębiająco smutne, silne i bezbronne jednocześnie. Nawal, której historia zmienia zupełnie życie bliźniaków, zmienia wszystko, choć przecież już sto lat po fakcie. 

Genialny to film jest. Kolejny raz Villeneuve robi mi w głowie wielkie kuku. Wwierca mi się w czaszkę i przygnębia do granic możliwości. Nie, nie wzrusza. Tu już nie ma nad czym płakać. Tu już jest taka masakra, że żadne łzy nie pomogą. Tu już jest tylko dupna, czarna dziura. Lubię czuć lekkość po fajnym, luźnym filmie. Lubię się wzruszyć, wkurzyć. Ale najbardziej lubię, kiedy mózg mój pawia chce puścić, zapomnieć. Zapomnieć się jednak nie da. 
Patrzę na zdjęcie Denisa Villeneuve na filmwebie. Uśmiechnięty koleś, przystojny nawet, krawat, biała koszula. Serio? Jeśli jego mózg jest tak pokręcony jak jego filmy - biorę to. Kupuję pierścionek i jadę się oświadczać. Amen.
(zdjęcia pochodzą ze stron: http://filmdrift.com/, http://www.fansshare.com/, www.filmweb.pl)

piątek, 10 października 2014

Szybki szpil numer 3

Uzbierało się zaś. Nic natomiast nie było na tyle genialne, żeby poświęcić temu cały post (ok, jedno było ale wszyscy już o tym napisali). Kara musi być. Pardon my french. 
Jedziem!

"All is lost". One man show. Oto z popiołu powstaje Robert Redford, jest sam sobie panem, władcą, okrętem, żaglem i żeglarzem, który (mam wrażenie) pierwszy raz wyrusza w samotny rejs po oceanie. Nuuuudy. Nic się nie dzieje. Serio, mógł to być fajny film. Zmaganie się człowieka z żywiołem, samotność i inne akcje. Ale nie. Mamy nieporadnego staruszka (sorry Robert, lata świetności masz już za sobą), który podczas sztormu traci swą łódzinę i musi przenieść się na ponton. I niby patrzymy jak sobie radzi (nie radzi) w tejże ekstremalnej sytuacji. Im dłużej myślę o tym filmie, tym bardziej mi się nie podoba. A już akcja pod tytułem - dwa ogromne statki przepływające tuż obok pontonu. Nie widzą rac, nie widzą człowieka, nie widzą pontonu. Jeeeee rajt. Leżą pod pokładem i nie patrzę co tam panie na oceanie. Nie polecam. Można jedynie pomarzyć o łódeczce patrząc na wnętrze jachtu pana Roberta.

"David chce odlecieć". Film dokumentalny. Młody niemiecki reżyser, tuż po szkole filmowej, marzy o spotkaniu ze swoim guru - Davidem Lynchem. Jedzie zatem na konferencję dotyczącą medytacji transcendentalnej i tam rozmawia z moim nieulubionym reżyserem. Okazuje się, że Lynch jest członkiem jakiejś dziwnej sekty, która to twierdzi, że latający jogini zbawią świat, a wszystko to jeśli masz w portfelu duuużo kasy. Bo jeśli nie ma, to sorry pal, we don't want you. Film polecam. Lynch jest tutaj akurat chyba tylko po to, żeby przyciągnąć widza znanym nazwiskiem. Fajnie ukazane metody działania sekt. Z jednej strony dziwię się, że inteligentny człowiek jest w stanie wciągnąć się w taki badziew, z drugiej jednak wiem, że manipulować jest bardzo łatwo. Wystarczy być smutnym, samotnym, poszukującym. I już! Reżyser - David Sieveking toczył ponoć ciężkie procesy, Lynch zakazał mu pokazywać film ów. Jednak suma sumarum telewizja pokazała, ja widziałam i polecam. A ciekawostka jest taka, że kiedyś, siedząc sobie spokojnie na ławce zostałam zbombardowana przez kobietę twierdzącą, że tylko pokój, ciała astralne i coś tam może nas uratować. Wręczyła mi plik kartek z dziwnymi symbolami i poleciała kupować buty. Wyrzuciłam do kosza. Jestem na 99 procent przekonana, że byli to latający jogini. A właśnie jakoś mi tak lekko ostatnio.... ;).

"Saga". Komiks. Przeczytałam Tom pierwszy, bo drugiego w Polsce jeszcze nie ma. Taka tam historia miłosna wśród wojen. Alana i Mark są członkami dwóch różnych światów, ras, które od zawsze ze sobą walczą. Zakochują się w sobie, mają najbardziej kjut dziecko ever i tak oto pokonując wroga, przeciwności losu i chroniąc swe dziecię przemierzają galaktykę. Genialne rysunki. Od razu widać kobiecą rękę ( Fiona Staples). Postaci wyglądają świetnie. Mark z rogami barana i córeczka - Hazel z mini różkami - czad. Duchy dzieci ze zwisającymi jelitami i połową mózgu - czad. Polecam. Szkoda, że urywa się nagle i trzeba czekać na ciąg dalszy. 

"Strażnicy Galaktyki". Wiem. Powinnam napisać post na cztery kilometry wychwalając genialność filmu. Ale wszyscy już widzieli, wszyscy już napisali, po co się powtarzać? Uwielbiam. Rozrywka na najwyższym poziomie. Postaci świetne, Groot jest moim mistrzem, a tańczący brodaty Chris Pratt skradł me serce. Soundtrack do dziś hula w moich słuchawkach i sprawia, że nóżka sama chodzi. Bez nadęcia, z luzem, z humorem. Bradley Cooper swoim głosem zaczarował Rocketa. I podobnie jak Patryk z ponapisach.blogspot.com wnoszę o Groota w doniczce! Takiego na biurko (którego nie mam;)). Na film poszłam baaardzo późno, co było super posunięciem gdyż wiedziałam już, co by zostać do końca napisów i zrobić sobie spoiler kolejnej części:). Jeszcze bardziej czekam!

Obejrzałam jeszcze "Bunt na Bounty". Nie. Cała ludzkość mnie zlinczuje ale nie. Nie wiem, co to jest ale nie mam serca do filmów typu - załoga na statku, przygoda, ocean, brązowa skóra spalona słońcem i brudne, uklejone włosy. Jeff Bridges w tym "Stowarzyszeniu umarłych poetów" na statku - "Sztormie" mnie nie przekonał, Russel Crowe w "Panu i władcy...." też nie. Nie mój klimat. Sorry pal.
That's all folks!

(zdjęcia pochodzą ze
 stron: http://onlinemovies.pro/,http://kultura.gazetaprawna.pl/,http://movietime.pl/,http://filmykino.pl/,http://blog.tfaw.com/)

środa, 1 października 2014

Prawnik z Lincolna

Napał na Mefju trwa. Przynajmniej u mnie. W ramach jesiennej pluchy (mniam) obejrzałam "Prawnika z Lincolna". I już wiem, skąd reżyser "True Detective" miał pomysł na Rusta! No, jak nic musiał "Prawnika..." oglądać i ciut się zainspirować.

Mamy oto Micka Hallera, który zajmuje się trzepaniem kasy. Nieważne kto co i jak, ważne, żeby dużo zapłacił. Mick nie bawi się w jakieś słabe historyjki, jedyny słuszny w jego mniemaniu werdykt to uniewinnienie delikwenta. Wszelkiej maści bandziorstwo to jego brocha. Jest cwany, pewny siebie, wygadany, inteligentny no i oczywiście szalenie przystojny (nie, nie od początku, dopiero w tej uchlanej wersji, kiedy to eks żona taszczy go przez pół miasta do domu). Cały Mefju. Ktoś gdzieś napisał, że Mefju w tym filmie jest panem życia i śmierci. Coś w tym jest. Tak ma wszystko poukładane, obcykane, że nie ma na niego przysłowiowego wiecie kogo.
Pewnego dnia pojawia się nowy klient - Louis Roulet (w tej roli Ryan Philippe, którego nie trawię i Johny Depp przy nim to mistrz sztuki aktorskiej), który zostaje oskarżony o pobicie panny lekkich obyczajów. No i tutaj sprawa się rypie. Louis sypie kasą jak rzadko, Mefju zgarnia do pomocy swojego przyjaciela - Franka (William H.Macy, uwielbiam, taki wąs to duma), wszystko idzie jak po sznurku, przecież Louis jest niewinny, nie ma to tamto i bang bang, tym razem tak łatwo nie będzie. Przeszłość powraca do Micka niczym bumerang, stara sprawa nagle staje się jakby aktualna, a była żona ma ochotę na seks. Tak. Nic więcej nie napiszę bo będzie marudzenie. 

Po pierwsze. Czy muszę znowu wspominać, że Mefju na stałe pożegnał się z wizerunkiem bicz boja i mimo, że w "Prawniku...." pokazuje klatę, jest przegenialny? Przechodzi tutaj metamorfozę, pięknie to robi. Pięknie chleje i jest spocony i główka mu pracuje jak rzadko. I jak jechał uchlany, z rozmierzwionym lokiem i okiem podkrążonym wiedziałam już, że słusznie "True Detectivem" został. Kapitalnie się stacza by móc się odrodzić. 
Po drugie. Bardzo na plus scenariusz. Fajnie to wszystko rozkminione, ta końcowa rozprawa, świetnie przemyślana sprawa i wielki tryumf na końcu. 
Po trzecie. Dlaczego John Leguizamo tak mało gra? Dlaczego? Niech ktoś wreszcie da mu jakąś główną rolę z marzeń, bo ja czekam tu i usycham. Jego pojawienie się na ekranie za każdym razem wywołuje uśmiech na mej twarzy, darzę gościa sympatią i chcę go oglądać częściej. 
Po czwarte. Jak stwierdził ongiś John Jaloie: "Marisa Tomei is hooootttttt". True. Też mi jej za mało. Niby mało jej w filmie, jednak wnosi jakiś taki powiew fajnej, dojrzałej kobiecości z pięknym, uwodzicielskim uśmiechem. 
Po piąte. Polecam. Dobrze ukulana historia. Dobra końcówka. Ja generalnie lubię filmy o prawnikach z prawnikami i w ramach prawników. Szczególnie kiedy każdego dnia sąsiadka z dołu odpala na cały blok "Sąd rodzinny". Kocham ten czas;).
To tyle, mam nadzieję, że tym razem nie opowiedziałam całego filmu, a jeno pół:).
Darz bór!

(zdjęcia pochodzą ze stron: http://filmint.nu/, http://w670.wrzuta.pl/)

środa, 24 września 2014

Mały apdejt do "Królów lata".


"Don't stop imagining. The day that you do is the day that you die"

1. Zdarza mi się myśleć o tym filmie częściej, niż o innych.
2. Biaggio jest jednym z najlepszych bohaterów filmowych ever!
3. Ta piosenka, która zrobiła mi środę.


Amen.

niedziela, 21 września 2014

Przechowalnia numer 12


Zapomniałam już, jak to jest oglądać filmy "festiwalowe". Ciągle tylko te Batmany, statki kosmiczne, te drzewa w doniczkach, krew, pot i łzy. Te Brady Pitty i Chrisy Pratty. A tu jesień nadchodzi, drzewa żółkną, swetry i szaliki wychodzą z domu o 6 rano. Klimat i ochota były. Zatem "Przechowalnia numer 12".
Co tu dużo pisać. Znowu obejrzałam bardzo dobry film. Dziękuję wam, o gnioty, że omijacie mnie często gęsto łukiem szerokim! 
Do hymnu! Film to opowieść o dziewczynie - Grace ( w tej roli Brie Larson) i chłopaku - Masonie (w tej roli John Gallagher Jr., który na szczęście nie śpiewał "Wonderwall" w wannie i na szczęście okazał się nie być spokrewniony z tymi dziwnymi kłócącymi się wciąż braćmi), którzy pracują w ośrodku wychowawczym, a poza pracą są parą kochającą się, a jakże.
Ośrodek wychowawczy, jak ośrodek wychowawczy. Różne dzieciaki z różnymi problemami. Jeden ucieka wciąż, okutany w amerykańską flagę tudzież inne ustrojstwo. Drugi marzy tylko o zgoleniu głowy acz boi się blizn, które w spadku zostawiła mu matka. Wreszcie ona - Jayden (Kaitlyn Dever), która przybywa do ośrodka na parę dni, nie chce jej się z nikim gadać, ciągle rysuje, a ścianę jej pokoju zdobią różnego rodzaju penisy, takie z opisem, co i jak, także lekcja anatomii przy okazji jak w mordę strzelił. Pouczające. I pracują sobie Grace i Mason, urządzają spotkania, grają w gry, odprawiają urodziny, rozmawiają, sporządzają raporty. Po prostu są umilając życie swym podopiecznym. Nie są terapeutami, psychologami, nauczycielami. Po prostu są, sprawują opiekę, pilnują, co by nikt nie uciekł, przetrzepują pokoje itd. W międzyczasie okazuje się, że Grace jest w ciąży. W drugim międzyczasie okazuje się, że być nie chce. W trzecim międzyczasie zaprzyjaźnia się z Jayden. I koniec o fabule, bo znowu mi tu napisze jeden z drugim, że spoileruję. 

Co jest ważne. Pomału, pomału, po nitce do kłębka wychodzi na jaw przeszłość Grace. Nie jest różowo. Jest do dupy. Czas ran nie leczy, chyba, że jakieś mini nic nie ważne ranki. Jest stres, są nerwy. Jest dziecko w brzuchu. Jest jeszcze Mason, który do Grace dotrzeć nie umie, choć chce. Wreszcie, jest Jayden. Reżyser odkrywając kolejne karty z życia Jayden pokazuje nam trochę Grace. Grace, która chce za wszelką cenę pomóc Jayden chce rozliczyć się ze swoją przeszłością. Mason nie wie o co chodzi, jest tak psio zakochany, że żal mi dupę ściskał. Wszystko by zrobił, gdyby tylko mógł. Jest dobry, za dobry. I wrażenie mam, że to nie Grace powinna pomagać. To jej powinno się pomóc. To ona jest tym dzieckiem z ośrodka. Praca przenika do życia bo nagle to, z czym zmagają się dzieciaki dotyczy także jej. 

Dobry to film jest. Wycisnął mi łzy, choć pewnie jeszcze z rok temu nie ruszyłby mnie w ogóle. Życie, panie. Wkurzałam się. Pieprzeni rodzice, którzy doprowadzają dzieci do takich stanów, że nic tylko siąść i pierdyknąć se w łeb. I ja to wiem, wiedziałam to od zawsze. Nie ma złych dzieci, są tylko źli rodzice. I zaczęłam się zastanawiać. Każdy z nas ma jakąś tam traumę z dzieciństwa. Mniejszą, większą, może kilka. Te cholernie smutne oczy. I te teksty starych bab "ta młodzież teraz to jest taka a taka...". I współczułam im wszystkim i każdemu z osobna. Wiem jednak, że ciut ten ośrodek jest wyidealizowany. Za grzeczne te dzieciaki. Normalnie wygląda to trochę inaczej. Wiem, byłam, wytrzymałam dwa dni i poszłam do innej pracy (na szczęście). 
Reasumując. Polecam bardzo. Fajny klimat, cisza, smutek i współczucie. Przystojny Mason z brodą i długim włosem. Fajny rower Grace. Minus jest jeden - jak się wali to wszystko, teraz, w tym momencie. Nagromadzenie złych wydarzeń na trzy czte ry. Ale czymże jest jeden minus? 
Oglądajcie zatem. Na złość efektom specjalnym:).

(zdjęcia pochodzą ze stron: www.filmweb.pl, http://reelchange.net/,http://www.ojaifilmsociety.org/)

niedziela, 14 września 2014

Cold in July

(plakat masakra. nie wiem co autor miał na myśli...)
Muszę przyznać, że ciut się bałam. Trailer trochę skierował mój mózg na "Blue Ruin" i pomyślałam "onieeeonieonieee tylko niee tooo". Ale, jak to zazwyczaj bywa, trailer wiosny nie uczynił. Obejrzałam. Dzięki Ci Panie Boże. Kolejny film, po którym noc była niespokojna, sny obrzydliwie ohydne, a ranek ciężki. Ale czegóż można się spodziewać, kiedy Dexter gra pierwsze skrzypce? No juha być musi. 

Mamy oto rodzinkę, jakich wiele. Mama, tata i synek. Rok 89. Jest noc. Rodzinka śpi snem spokojnym, kiedy nagle jakiś dźwięk niemiły budzi małżonkę szanowną (swoją drogą, co to jest, że kobiety mają taki słaby sen? moja mama ZAWSZE wiedziała, o której wróciłam! Co do minuty gaddemit!). Mąż, główny bohater - Richard, sięga po broń, schodzi na dół, zauważa tajemniczego kolesia, co to wygląda na włamywaczo-złodziejo-morderco-gwałciciela i spanikowany strzela. Koleś ginie. Wpada policja, ależ ależ, Richard, nic się nie stało, self defense, jesteśmy z Ciebie dumni, szukaliśmy go wcześniej, złożysz zeznanko i dobranoc, miłego życia. Richard, porządny obywatel, twórca ram wszelakich, mąż nauczycielki nie potrafi jednak pogodzić się ze swym czynem. Udaje się zatem na pogrzeb oprycha, gdzie spotyka mojego ulubionego aktora, który jest w każdym filmie i za to go kocham - Sama Sheparda. Sam, a raczej Russel okazuje się być ojcem tego, co to już gryzie glebę. I cóż. Delikatnie grozi Richardowi. Potem zaczyna się stres i nerwica, policja pod domem i ochrona, Russel nad łóżeczkiem synka (matko, jaka scena, ciary po plecach i strach przed nocnym pójściem na siku, czułam, że będzie się czaił gdzieś przy szafce z butami). Richard udaje się na posterunek i nagle widzi na ścianie zdjęcie. Zdjęcie poszukiwanych. Nazwisko kolesia, którego Richard zabił ale twarz jakby nie ta. I tutaj film się zaczyna. Dla mnie przynajmniej. Policja coś tam ściemnia, że mu się wydaje, że pewnie nie widział twarzy, a Richard, moi drodzy, twarz widział prześwietnie. Pewnej nocy dostrzega zabawę policjantów. Szarpią się z Russelem, wstrzykują mu coś, polewają alkoholem i kładą na tory. Richard, który już wie, że z synem Russela ma tyle wspólnego, co ja z białymi kozaczkami, ratuje nieszczęśnika, po czym tłumaczy to i owo. Że coś tu śmierdzi, że to nie jego syna zabił, że o co tu, do cholery, chodzi. Do dwójki naszych bohaterów dołącza zajebista postać - Jim Bob (Don Johnson) i tak pomału, po sznurku do celu, panowie trafiają na prawdziwego syna Rusella, jednak to, co odkrywają nie jest już takie miłe i zabawne. Zabawy z prostytutkami, kręcenie filmów i rozbijanie głów dziewczęcych bejzbolem. Takie tam, wiecie, młodzieńcze rozrywki na poziomie. Cel jest jeden - zabić gnoja! A w zasadzie gnojków. I kij tam czyj to syn jest, taki ktoś nie ma prawa żyć. I sieka, masakra, krew spływająca z lamp, spocone grubasy z lokami (mokra włoszka) i tekst, żem ja Twoim ojcem jest, giń zwyrolu! Tak się sprawy po męsku załatwia. Dziękuję.

Trzeba ten film zobaczyć, nie ma w ogóle dyskusji i marudzenia. Świetny klimat, niby nic ale czułam na skórze jakiś taki brud, mrowienie pod kopułą i momentami wielkie obrzydzenie, choć normalnie, w innych filmach, krew kapiąca skądś tam nie robi na mnie żadnego wrażenia. Świetna muzyka, potęgująca nerwowość i napięcie ale nie tak, że nie można usiedzieć. Akurat, w punkt. Świetny Dexter, który ze zwykłego obywatela przeobraża się w lojalnego kumpla wymierzającego sprawiedliwość na prawo i lewo. No i Don Johnson. To ci dopiero kałboj. Fajna postać, czasem chlapnie coś zabawnego, coś wywęszy no i jeździ samochodem, który pasowałby mi do paznokci. 
Polecam. Naprawdę bałam się "Blue Ruin" numer dwa, na szczęście można zrobić dość powolny, klimatyczny, nie narwany film, który będzie trzymał w napięciu i ciężką pięścią walił po głowie. 
Na długo zostaje w pamięci. Polecam raz jeszcze. W ramach odpoczynku od efektów specjalnych, pięknych kobiet i jeszcze piękniejszych mężczyzn. Aloha! 

(zdjęcia pochodzą ze stron: http://www.showfilmfirst.com/, http://opium.org.pl/, http://www.flicks.co.nz/)

niedziela, 31 sierpnia 2014

Gomorra (serial)

Drodzy moi! Dużo wody i filmów upłynęło od ostatniego wpisu. Ale zawsze coś. Jak nie urlop to wakacje, jak nie wakacje to niedziela. I tak jakoś. Plany były. Że może "The Killing" nowy sezon, a może "Orphan Black". "Wikingowie" po trzecim odcinku nowego sezonu poszli na spoczynek (mam nadzieję, że nie wieczny). I oto z czarnej dziury wyłonił się on. Serial tak dobry, że aż trzeszczy.

"Gomorra" proszę państwa. Serial zainspirowany książką Roberto Saviano, której nie czytałam i filmem na podstawie tejże książki, który widziałam. Serial, którego 12 odcinków (będzie ciąg dalszy, już ostrzę pazury) zrobiło mi z mózgu papkę, zmieliło bebechy, zwymiotowało 40 razy i nie pozostawiło złudzeń. 
Serial (uwaga, teraz będzie niespodzianka) opowiada o włoskiej mafii. Na pierwszy plan wyłania się Don Pietro Savastano i jego klika. Synalek przygłupek- Gennaro, żona z jajami jak melony i reszta przemiłej ekipy na czele z Ciro, co to zwany jest "Nieśmiertelnym". Wszystko to w Neapolu, na sielankowym, mlekiem i miodem płynącym osiedlu Scampia. W Barcelonie zaś królem jest Salvatore Conte, co to z Savastano jest w stosunkach, powiedzmy, pragmatycznych. Ogólnie rzecz ujmując sytuacja ma się tak: Don Pietro idzie siedzieć, Gennaro ma przejąć władzę, towarzyszyć ma mu Ciro (który jednak ma chrapkę na zgarnięcie wszystkiego, jest gnojem wszechświata, jedyną zasadą w tym przypadku jest brak jakichkolwiek zasad) i reszta ekipy. Ale ale, Donna Imma, ta żona z jajami, za Ciro nie przepada i mąci naszemu biednemu Gennaro w tej tępej główce. Gennaro wyjeżdża do Hondurasu. Wraca. I tyle. Nie napiszę nic więcej. Przyjemność (chociaż w przypadku tego serialu powinnam napisać "obrzydzenie") odkrywania kolejnych kart musicie poznać sami.

Dlaczego serial jest genialny? Jak długo żyję nie zdarzyło mi się obejrzeć filmu, serialu bez ani jednego pozytywnego bohatera. W tym serialu nie lubi się nikogo. Żaden z bohaterów, żaden, niezależnie od wieku, płci, wykształcenia nie jest dobry. Ba, nie posiada nawet płomyka nadziei na jedną, malutką pozytywną cechę. Nic. Wszyscy są na wskroś źli ale tak ohydnie. Na początku się łudziłam, że może jednak Ciro. Okazał się najgorszą szują z wszystkich możliwych. Każdy sobie rzepkę skrobie. 
Chaos. Chaos jest cudownym sprzymierzeńcem "Gomorry". Jest jakiś tam wątek główny i bohaterowie (chociaż nigdy nie wiadomo kto, kiedy i z czyjej ręki zginie), jednak co rusz pojawiają się osoby, które na chwilę wprowadzają nas w nową historię tylko po to, żeby zaraz zginąć, ot tak. Dzieci, starzy, kobiety. Wszyscy. Potem wracamy, Ciro coś tam mąci, Gennaro wydaje kolejne debilne rozkazy i znowu pojawia się nowy bohater. Genialnie się to ogląda. Jestem w samym środku. Nie ma policji, nie ma zwykłych ludzi. Jestem w środku mafii, oglądam ich mieszkania i strzelam z ich pistoletów. Nikomu nie kibicuję, za nikogo nie trzymam kciuków, "idźcie wszyscy w ..." myślę, pozabijajcie się nawzajem, gdzieś mam wasze dzieci i żony. 

Podoba mi się też to, że sensacja miesza się z obyczajem. Jest strzelanka i napierdzielanka, jest też rozmowa, rozkmina i chwila zadumy. Zero złudzeń. Z jednej strony przestroga - dzieciaku, jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać tak, jak one. Z drugiej - nie masz wyjścia. Twoja matka, ojciec i Bóg ci nie pomogą. Jeśli mafia chce cię mieć w swych szeregach, będzie cię mieć i kij. Będziesz pionkiem, przynętą, nikim. 
Dalej, zdjęcia, muzyka, klimat. Syf Neapolu, brud, smród i ubóstwo, złote ramy obrazów i posągi tygrysów mieszające się z ćpunami i dziećmi. I ten jeden motyw muzyczny, powtarzający się praktycznie w każdym odcinku. Ten, co to łzy wyciska ale płakać nie można, bo przecież, zasłużyłeś gnoju, giń. 

Obsada - nie znam nikogo. Wreszcie. 
Rozwalała mnie też Donna Imma, którą mieszkańcy osiedla traktowali jak królową. Dobra, poczciwa Imma, co to pracę przy rozdzielaniu działek załatwi, po główce pogłaszcze, nową figurę Matki Boskiej załatwi, psa uratuje. Ideał z wielkim biustem! Albo Conte długowłosy. Od rana do wieczora w kościele, rączki złożone, w niedzielę u mamusi na spaghetti. Co to, do cholery, jest? 
Jestem w szoku. Ten serial trzeba zobaczyć. 
Pierwszy raz piszę posta z takim trudem, na raty, bo nie potrafię ubrać w słowa tego, co ten serial ze mną zrobił. Siedzę i męczę każde zdanie. Jedno jest pewne. Porachunki mafijne stanęły na podium z "The Wire" i "True Detective". Okazało się także, że mój mąż ma doppelgangera. Zły brat bieliźniak is elajw! 
Oglądajcie!
(Ciekawostka: koleś grający Salvatore Conte ma lat, uwaga, 26! Serio?!?!?! Impossibile!!!)

(zdjęcia pochodzą ze stron movieplayer.it, forum.film.org.pl, youtube.com)

niedziela, 3 sierpnia 2014

Blue Ruin

Jak żyć? Jak żyć, pytam, kiedy z nieba leje się żar? Jak żyć, kiedy jedyną akceptowalną temperaturą jest jakieś 20 stopni? Topi mi się mózg. Obejrzałam parę filmów, nie powiem, ale cholernie nie chciało mi się o nich pisać. Obejrzałam na przykład "Iluzję", która jest niezłą iluzją dobrego filmu. Twórcom wydaje się, że dobry film zrobili. Fajne, nie? 
Dygresja. Moje drugie ja.
Do rzeczy zatem!

Rzadko się zdarza, że nie wiem, co oglądam. W tym przypadku tytuł usłyszałam raz, zaraz zapomniałam, nie wiedziałam z kim, o czym i po co i czy to w ogóle wszystko ma sens. 
Mamy oto bohatera, takiego, wiecie - "ma pan 70 groszy bo mi na bilet brakło?". Bohater ów wielce zapuszczony jest, włos długi, a i broda niczego sobie, śpi w swej tytułowej niebieskiej ruinie, zjada, co tam w koszu na śmieci znajdzie, poza tym czyta, obserwuje i inteligiencja mu z oczu patrzy. Smutnych fest oczu. I tak lata lecą, życie płynie i nagle okazuje się, że tajemniczy pan z więzienia wychodzi, pan, który zranił czymś wielce naszego głównego bohatera i zaczyna się to, co tygrysy lubią najbardziej czyli rywenndżżżżż bejbe. No i tutaj powinnam się pożegnać, pozdrowić i życzyć miłego wieczoru bo od zdrad to nie ja, o nie. 

Napiszę zatem tak. Przezdjęcia. Przepiękne. Klimatyczne, ciepłe, jakieś takie spokojne. Scenariusz dość ubogi. W filmie bardzo mało się mówi, na początku praktycznie w ogóle, potem jakieś pojedyncze zdania, jednak w moim odczuciu, jest to siła tego obrazu. Główny bohater - Dwight, grany przez kolesia, którego widziałam pierwszy raz w życiu - Macon'a Blair, jest tak niesamowicie dziwny, niby spokojny, niby cichy ale jednak roztrzepany i żądny zemsty. Przyznam, że pierwszy raz w życiu widziałam tak cipkowatego mściciela. Dziwne to było. Niby tak niepewnie trzyma gnata ale jak rozwala to po całości. Moje serce skradł kolega Dwight'a - Ben. Barman, który w domu trzyma cały arsenał. Moja ulubiona scena? Perfekcyjnie rozwalony łeb z dość sporej odległości. Autor? Ben! Tę scenę trzeba zobaczyć. Dawno nie widziałam tak ładnie rozwalonej głowy. Wkurzały mnie trochę teksty Dwight'a, zamiast zabijać brał się do jakichś dziwnych gadek, dość średnio napisanych. I w zasadzie nie wiem, czy film mi się podobał, czy nie. Kiedy myślę, że tak, zaraz przypominam sobie o dłużyznach, jakie mi fundował, o tych chwilach ciszy, kiedy nic się nie działo, a mnie kleiły się oczy. Kiedy myślę, że był mocno średni widzę te zdjęcia, to napięcie pod koniec i moją ciekawość dotyczącą dalszego ciągu. 

Tym razem nie napiszę, czy polecam, czy nie, bo sama nie wiem. Aaaa jest też spora dawka ohydy, wymiotki, dziurki w nogach i ślina. Jami. Dla każdego coś miłego.
That's all folks! 
PS. Plakat w pytę!

(zdjęcia pochodzą ze stron: http://www.moviemaker.com/, http://thedissolve.com/, http://opium.org.pl/)

wtorek, 22 lipca 2014

Szybki szpil numer 2

No to znowu się uzbierało. W zasadzie każdy film powinnam opisać w osobnym poście ale nie chce mi się. Do tego doszły jeszcze inne twory potwory książkowe i muzyczne i trza to teraz jakoś w całość skleić. 
To sklejam.
Po pierwsze.

"Iceman. Historia mordercy". Genialny film, który obejrzałam jakiś miesiąc temu. Opowiada historię Richarda Kuklinskiego, seryjnego mordercy. Gość jest dobry w tym, co robi. Może to dlatego, że lubi swój fach. Przecież o to w życiu chodzi, co nie? Richard prowadzi podwójne życie, ma kochającą żonę, dzieci, dom, a w ramach pracy udziela się jako morderca, przyjaźni się z mafią i czasem wbije nóż w brzuch bezdomnego, co by nie było nudno. Jest to dla niego tak oczywiste jak dla mnie kawa z mlekiem i cukrem. Po filmie poczytałam trochę o prawdziwym Riczardzie, obejrzałam wywiad i cóż. Serio, bez emocji. Opowiada o zabijaniu, jak o wyjściu po bułki. Najmocniejszym elementem filmu jest aktor, którego polubiłam dzięki roli w "Boardwalk Empire"- Michael Shannon. Koleś tak brzydki, że aż ładny. Fest charakterystyczny. Kuklinskiego zagrał, w moim odczuciu, najlepiej jak się dało, ukradł tę postać. Ta zimna twarz bez emocji mnie urzekła. Gra tam jeszcze Winona Ryder ale nie lubię jej więc nie będę się rozwodzić. Pominę też Rya Liotta (Liottę?) bo znowu będzie, że się nie znam. Ale nie lubię go, kurde, nie wiem czemu. Nie i już. Film polecam. W ramach odpoczynku od superhiro. U mnie podziałało.
Po drugie.

"Czas patriotów". Kolejny, jak ja to nazywam, klasyczny film. Bez super mocy i super strojów w super 3D. Film o takim jakby Dżejmsie Bondzie, co to się zwie Jack Ryan i normalnie, wymiata. Jest świadkiem ataku na członka rodziny królewskiej. atak przeprowadza IRA, na czele z umierającym w każdym filmie, Seanem Beanem. Jack Harrison Ryan Ford ratuje księciunia, zabija przy okazji brata Szona, przez co naraża się na jego gniew i chęć zemsty. Ryyweeendżżżż!!! No i ta cała IRA zabija sobie tam różnych ludzi. Harrison w swoim CIA próbuję całą tę szajkę rozgryźć i wiadomo, że mu się udaje. Akcja na łódce - 007 jest przy tym pionkiem;). Poza tym chcę dom Jacka R., z tym widokiem na wielką wodę. Film na jeden raz ale warto zobaczyć. Harrison za młodu był całkiem, o Szonie nie wspominając, więc dla kobiecego oka też coś miłego się znajdzie. Oglądajta. 
Po trzecie.
No długo się zabierałam za tego pana. Inaczej. Sama z siebie nigdy bym się nie zabrała. Ale po kolejnych namowach stwierdziłam, że co mi tam. Czytałam właśnie "Tajemniczy płomień królowej Loany" Umberto Eco i tak wiało nudą, żeby nie napisać ujem, że miałam dość. Sięgnęłam po Lehane i przepadłam. Co mnie przekonało? Po pierwsze "The Wire", czyli serial mego życia. Lehane pisał scenariusz. Po drugie "Gdzie jesteś, Amando"- świetny film Bena Afflecka na podstawie książki Lehane. Dziękuję. Starczyło. Książka wciągnęła mnie od pierwszej strony. Opowiada o parze detektywów - Patricku i Angie (dla mnie już zawsze będą mieć twarze Casey'a Afflecka i Michelle Monaghan, wszystko przez "Gdzie jesteś Amando"...), którzy na prośbę starego bogacza, biznesmena Stone'a, mają odszukać jego córkę Desiree. Po drodze wpadają na groźną sektę, do której Desiree należała...I tak szukają, szukają, napięcie rośnie. Najlepsze w tej książce jest to, że każdy ze świadków ma swoją wersję zdarzeń, którą z wielkim przekonaniem przedstawia. Dynamika niesamowita, ciągle jakieś nowe tropy, nowe osoby, a końcówka wymiata całkowicie. Desiree przebiegła, jak mało kto, wodzi tych biednych facetów za nos, robi z nimi, co chce. No i Bubba. Stary, dobry Bubba. Najlepszy bohater ever. Uwielbiam takie dynamiczne i trzymające w napięciu książki. Teraz czytam "Ciemności, weź mnie za rękę", fajna, spoko ale jednak już nie tak zarąbista jak "Pułapka...". Polecam bardzo. Bardzo bardzo.
Po czwarte.



Ten teledysk. Zaczęło się od tego, że w radiowej Trójce usłyszałam tę piosenkę. Myślę sobie "Rihanna" na Trójce? Nie!!!!!!!!! Nie wierzę! Ale im dalej w las, tym było lepiej. Usłyszałam chrypę, usłyszałam refren i zjadło, żeby nie powiedzieć, wpierdzieliło mnie w całości. Słuchałam cały dzień. Wieczorem obejrzałam teledysk i kiedy dowiedziałam się, że to 11sto letnia dziewczynka tańczy - umarłam. Bardzo mi się ten obraz podoba. Świetnie mi się to ogląda. Utalentowane wielce dzieci to jest to. Podziwiam i pokłony składam. 
No i to by chyba było na tyle. 
A nie, jeszcze jedno... zaczęłam oglądać serial HBO "Pozostawieni". 

Wczoraj był czwarty odcinek. Na razie nie wiem, czy mi się podoba. Trzeci odcinek był świetny. Otóż pewnego dnia mieszkańcy pewnego miasta orientują się, że członkowie ich społeczności zniknęli. Ot, wyparowali. Nie ma. Córki, synowie, matki, babcie, pani ze sklepu i pan, co sprzedaje jajka. No i teraz pan reżyser pokazuje nam to wszystko, co dzieje się z tymi, którzy pozostali. Już wiadomo, z opisu serialu, że nie dowiem się czemu ludzie zniknęli, bez sensu, to by mnie trzymało w napięciu. A tak, to napięcia żadnego nie ma, oglądam bo oglądam, dooglądam ten sezon i zobaczymy. Nie sądzę jednak, by było to coś na miarę, przynajmniej, dobrego serialu ale może zaskoczy. Się zobaczy.
Teraz to już serio wszystko. Upalne joł! 

(fotki pochodzą ze stron: www.filmweb.pl, www.starwarped.net, esensja.stopklatka.pl/, www.youtube.com, kultura.newsweek.pl)

czwartek, 17 lipca 2014

Królowie lata


Jest lato. Nie da się ukryć. Spocone grzywki i komunikacja miejska smrodem stojąca. Ale już niedługo. Wielkimi krokami zbliża się mój ukochany. Mister Urlaub. Z tej to okazji postanowiłam przypomnieć sobie jak to jest mieć wkurzających rodziców i fajne wakacje pełne przygód, ale takich, wiecie, przez duże P.  
"Królowie lata" sprawili, że na nowo uwierzyłam w film. Ostatnimi czasy od natłoku efektów specjalnych i superbohaterów w lateksie (nie, żebym nie lubiła ale, kurde, ileż można) bolała mnie głowa. Tęsknym wzrokiem wypatrywałam takiego normalnego, klasycznego filmu, z normalnymi ludźmi, w normalnym miejscu. I tadam! Jest! Długo czekał, nabierał mocy urzędowej. W końcu nabrał i dał mi taką przyjemność, że upał stał się ciut bardziej znośny. Dobra, nie stał się bardziej znośny, jest ohydny. Ale ćśśśśśś.

Film (jak wszyscy wiecie, bo wszyscy widzieliście, bo ja jestem jakaś po tyłach) jest zajebisty. Mamy oto dwójkę fajnych ziomali, z czego jeden wyrasta na ciastko roku, zapewne będzie grał amanta, co już mnie wkurza, poza tym wygląda jak skrzyżowanie Toma Hardy z Jamesem Franco, co mnie wkurza, bo niby dlaczego taki młody, a już taki przystojny? No ej! No i on zwie się Joe (w tej roli, niesprawiedliwie obdarzony przez naturę Nick Robinson). Joe mieszka z ojcem, matki nie ma. Ojciec go wkurza, wiadomo, jak to ojciec w relacji z nastolatkiem, takie życie. Funflem tegoż młodzieńca jest Patrick (w tej roli z kolei koleś z "Super 8" Gabriel Basso). Ten to dopiero ma starych. Matko Boska! Nie dość, że trajkoczą od rana do nocy i wymyślają sto ton problemów, to jeszcze matka ma taki wokal, że uszy więdną. Każde jej słowo powoduje, że świat ma o jedno okno mniej. No i pewnej nocy Joe i Patrick urywają się na imprezę, podczas której muszą się ewakuować, gdyż jakiś stary pryk strzela, bo mu za głośno i jakimś takim dziwnym trafem Joe znajduje się w środku lasu z kolesiem, który jest bohaterem mojego życia, chcę go oglądać we wszystkich filmach świata, adoptować i bawić w kosi kosi łapci. Biaggio proszę państwa! A gra go przefantastyczny Moises Arias. Akcje tego gościa robią ten film. Ale ale, do akcji. Joe wpada na genialny pomysł. Każdy z nas w wieku młodzieńczym chce na taki pomysł wpaść. Wybudujemy chatę w lesie! Uciekniemy od starych, pokażemy im fakolca i staniemy się ril mennn maderfaker!! No więc w trójkę zbierają jakieś hasie, kradną co popadnie i budują taką chatę, że głowa mała. I zamieszkują. Fak ju parents!
I potem zaczyna się ciąg zajebistych zdjęć i technicznych perełek. Słońce święcące między liśćmi, żółte łany zboża, zimne strumyki i łażenie po rurach (też to kurde robiłam!!), polowania na zwierzynę, sikanie do wody i zapuszczanie wąsa. Żyć, nie umierać. Urzekające barwy i Biaggio tańczący na rurze pośrodku lasu. No, takich dwóch jak ich trzech to serio, ze świecą. Od początku wiadomo, że coś tam pójdzie nie tak, toć film jest ponoć komedią i dramatem zarazem, także do akcji wkracza niewiasta. Krótko. Joe się w niej buja ale ona woli Patricka. Tadam! Chłopaku, przyzwyczajaj się. Będzie tego więcej. No i przyjaźń zaczyna się sypać ciut. Joe zostaje w lesie sam. Daje radę i nie daje się wężowi. Na ratunek przybiega Biaggio ze swoją maczetą i ojciec z tą całą Kelly, co to Joego nie chciała. Bo oczywiście równolegle z harcami w lesie toczy się poszukiwanie chłopaków. Ale średnio ci rodzice załamani byli. Szczerze powiem, że to mnie ciut zdziwiło ale może w Stanach tak nie panikują jak na naszej polskiej ziemi. No i koniec końców wszystko kończy się dobrze. Ale z wąsem. A jak wiadomo, wąsy są wporzo. 

Urzekł mnie ten film. Bałam się, że dostanę obraz o głupkowatych dzieciakach. Film młodzieżowy z nastolatkami, które mają biusty jak trzydziestki i makijaż jak gwiazdy niemieckich pornosów. Boję się filmów o nastolatkach i staram się nie oglądać, bo to zazwyczaj kończy się źle. Ostatni film z dzieciakami, który podobał mi się fest było wspomniane już wcześniej "Super 8". A tutaj, taka perła. Trzeci dzień mi w głowie siedzi i wywołuje uśmiech. A uśmiech ma twarz tego młodego Franco. Poproszę o więcej takich filmów, błagam wręcz. Nie chce mi się już oglądać wybuchów i pościgów. Chcę normalnych, klasycznych filmów. Biorę w ciemno. A "Królów lata" polecam jak rzadko. Obejrzę ten film jeszcze parę razy. Będzie moim drugim "500 dni miłości". Z wąsem. Życzę wakacji życia! 

(a zdjęcia urocze pochodzą ze stron: http://nerdrepository.com/, http://welivefilm.com/, http://wnas.pl/)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Filth


Oj, jak ten film długo na mnie czekał. Musiał nabrać mocy urzędowej. Nabrał wczoraj. Wieczorem dokładnie. Oj, jak on nabrał...
Premiery w Polsce nie ma. Bo po co? Mamy przecież Białowąs, Rosłaniec i świetne seriale umilające nam czas. Kinematografia w Polsce stoi na tak wysokim poziomie, że jakieś tam podrzędne filmidło wyprodukowane w Grejt Brityn mogłoby tę naszą wspaniałość zaburzyć, a fe, fe ohydo! 
Ja jednak lubię się zamęczać, powiedziałam sobie zatem "nooooooo dooooooooooobraaaaaaaa, obejrzęęęęę bleeeeeee" ;).
Zasiadałam z nastawieniem, że to taki "Trainspotting" dzisiejszych czasów, tak się naczytałam w internetach ale, na szczęście (mimo, że uwielbiam "Trainspotting") noł, noł, to coś, jak dla mnie, zupełnie innego.
Mamy oto ciastko z brodą zwane Bruce. Tak, w tej roli James McAvoy, o którym powstanie kiedyś osobny post, ale potrzebuję na tę okoliczność urlopu tudzież długiego weekendu. Post będzie nosił tytuł "Łzy Dżejmsa". Albo "Ile razy Dżejms zapłakał". Albo coś w ten deseń, zobaczymy.
Bruce jest policjantem, który bytuje w przecudnym Edynburgu. Stara się o awans bo wie, że awans sprawi, że z żoną swą zjednoczy się i znowu staną się wspaniałą, kochającą, idealną rodziną. Żona zresztą też pokłada takąż nadzieję. W nim. W tym awansie rzecz jasna, no bo przecież nie w mężu. Nie no, w mężu jednak. Sorry. I teraz akcja jest taka, że Bruce robi wszystko, dosłownie WSZYSTKO!!!, żeby awans ów zdobyć. Knuje, kombinuje, wkręca kolegów, wkopuje kolegów, wymyślam zmyśla, jest, kurde, geniuszem. Jest mistrzem bajery. Gawędziarz erotoman. Nagleż, otoż, pod mostem ginie niejaki chłopak. Ginie. Leją go jakieś dziwne dresy, leją na śmierć. Szef szefów mówi do Bruce'a - znajdź winnego, będziesz miał awansik. No, w to mi graj! Hell, yeah, myśli Bruce i dalej w te knucia i intrygi brnie, by dostać, po co przyszedł.
Wiadomo, jak zwykle, jak zawsze, pomału zaczyna się wszystko chrzanić, za dużo wódy, za dużo narkotyków, za dużo seksu z podduszaniem. Bruce troszkę podupada na zdrowiu. Psychicznym. Słyszy głosy, ma fajne omamy, które mi się w nocy śniły, zatraca się w tym swoim światku i jebut. Oczywiście, tradycyjnie, nie napiszę, co dalej bo: po pierwsze, wszystko bym zepsuła i nie miałoby sensu oglądanie tego filmu, coś na zasadzie kolegi, który kiedyś mi powiedział "Widziałaś Szósty zmysł? O takim chłopczyku, który widzi Brusa, bo Brus tam nie żyje, bo ten chłopczyk widzi zmarłych!!!!" Ej, serio????????? Dzięki!!!!!, po drugie- nie lubię zdradzać zakończeń nawet, jeśli są one mega przewidywalne i oczywiste, po trzecie - dlaczego bruneci mają rudą brodę?!?!
No. Co mnie powaliło. Soundtrack. Kolejny, który wpisuję na listę ukochanych. Piosenki i jeszcze raz piosenki. Dobrane idealne do sytuacji, znane, kurde, jak ja to lubię! No, ej, czy ta scena nie kipi geniuszem?


Powaliła mnie forma. Treść git, nie powiem, strasznie zeżarła, ale forma? No pojechana, panie, jak rzadko. Gabinet doktorka i sam doktorek - pyszności. Te wszystkie spojrzenia Jamesa, że niby do mnie, że mówi do kogoś i nagle łypie okiem wprost w moje oko i ja wiem, że on wie, że ja to oglądam. Ten filtr niebieski, co sprawia, że kocham filmy. Ten szkocki akcent, co mnie powala i o ciarki przyprawia. W ogóle szkockość filmu. Ta postać, ten Bruce, który jest świnią, knurem i maciorą w jednym, a jednak kocham jego fakolce wymierzone temu młodemu z balonem, jego papierosa przypalającego kanapę kolegi, jego narkotyki wciągane, co rusz. Kiedy wreszcie przybiłam piątkę ze łzami Jamesa (trzy razy! James, przebiłeś chyba "Pokutę", serio, myślałam, że nie podołasz) wiedziałam już, że ten film pokocham czystą, w średnim wieku, miłością. Wzbiłeś się chłopie na wyżyny. Wyrastasz mi na niezłego aktorskiego madierfakiera. Nie bądź nigdy amantem, am begyn ju! I daj namiary na dentystę, bo te perły aż nieludzko są białe! Moi drodzy. Cholernie ten film trzeba zobaczyć. On brzydzi pawiem i niewinnym bąkiem, szminką czerwoną i blond peruką. On uwodzi tym twardym, szkockim "r". On sprawia, że "Creep" znowu ma moc i kojarzy się tylko z tym momentem i tą końcówką. Ju hew tu łocz dis!

(Naturalnież piosnki są z youtube, a poster stąd http://www.gamemovieportal.ch/)

wtorek, 17 czerwca 2014

Muzyka w filmach

To będzie dziwny post. Nie wiedziałam jaki nadać mu tytuł. Będzie i o soundtrackach i o pojedynczych utworach bądź piosenkach, które kocham. Czasem też o scenach filmowych, które piosenki, utwory i inne melodie dopełniają. I jeśli tylko nie dostanę kur...nerwicy spowodowanej wiertarką sąsiadki - dotrwam, dopiszę i zamknę. Tak. Kocham remonty. Zarówno swoje jak i cudze.
 Ale ale...Drodzy moi parafianie. Za godzinę idę do dentysty, co powoduje u mnie palpitacje, dodatkowo wiertarka podkręca mnie tak, że zaraz wyjdę z siebie, w ramach zatem rozluźnienia trochę sobie powspominam.
Zaczęło się od tego, że na początku studiów tak pokochałam i zachłysnęłam się muzyką filmową, iż postanowiłam napisać o tym jakże cudowną pracę magisterską. Orka na ugorze, panie! Zero materiałów, zero pomocy, tylko ja, internet i raptem pięć książek. Promotorka była bezsilna. Ale cóż, nieskromnie mówiąc, dałam ci ja radę. Wyszło, udało się i już nikt o tym nie pamięta. Na co to komu było? Nie wiem.
Do hymnu!
Uwielbiam soundtracki piosenkowe. Mam straszną słabość. I tak na przykład, moim jednym z naj naj jest soundtrack z zajebistego filmu "500 dni miłości". Począwszy od Reginy Spektor, skończywszy na The Smiths. I ta scena w windzie, kiedy on słucha "There is a light that never goes out", a ona podśpiewuje pod nosem. Miód! I ta scena, kiedy on, nawalony, śpiewa na karaoke "Here comes your man". Do dziś mnie to bierze. Fest. Cały soundtrack jest kompletny, piękny i mogłabym go słuchać bez końca. A tu, o, mój przyszły mąż: 



Dalej. Myślę oczywiście o "Moulin Rouge". Po pierwsze genialny film. Oglądałam go milion razy i obejrzę jeszcze ze dwa. Śpiewający Ewan jest dla mnie tym, czym dla gołębi mój balkon, dla kawy mleko, a dla kota patelnia - wszystkim!. Nie, nie napiszę, że "Roxanne" śpiewane przez Toma Waitsa jest cudne, bo to oklepany wałek jest i już nudny. No ale "Come what may". Nie powiem ile razy zaśpiewałam to w duecie z pewnym długowłosym panem. Nie powiem, ile razy byłam Nicole Kidman. Uwielbiam stare piosenki, które na potrzeby filmu odżywają, przeżywają renesans. Zresztą w "Wielkim Gatsby'm" jest to samo, acz soundtrack (poza jedną piosenką) mnie nie powalił. 
Kocham muzę z filmu "Batman Forever". Tu już nawet nie chodzi o Seala. Tu chodzi o U2. Jak ja nie lubię tego zespołu, ludzie! Ba! Jak ja nie lubię tego filmu! Ale TA piosenka to jest jakaś kapa. Nie wiem, może jestem jakaś dziwna ale erotyzm aż kipi. Mniam. 



Lubię też piosenki z "Króla lwa", z sentymentu. Był to pierwszy film, na którym byłam w kinie. 4 klasa podstawówki, wyłam jak bóbr. 
Teraz przyszedł czas na muzycznych mastachów. Zacznę od tego, że nie przepadam za patosem i pogłosem jaki proponują nam Zimmery, Williamsy i inne. Ale ale. W zeszłym roku, niespodziewanie pokochałam motyw przewodni z "Parku Jurajskiego". Tak, jak filmu bardzo nie lubię, tak motyw wielbię. Wszystko przez tę dwójkę:

No co za dziecioki! Ooppaaan Gangnam Styylle! A potem było tylko gorzej. Zgrałam to, w sensie oryginał, w sensie ten cały, długi motyw, te całe 8 minut zajebistości i słuchałam non stop! Wszędzie. Uwielbiam, czapkę z głowy zdejmuję przed panem Dżonem W.!

Dalej, kolejny przekoleś. Ennio Morricone. Mam słabość, oj jaką ja mam słabość. Te wszystkie oboje, orkiestry, a przede wszystkim chóry. Jestem fanką chórów, a muzyka cerkiewna przyprawia mnie o dreszcze. Chóry u Morricone są najlepsze! Na przykład taki motyw z "Misji": 


No Boże złoty! Słyszycie te kobity, jak tam wyją? Rozkosz. W ogóle cały soundtrack z "Misji" jest w pytę. 
I Zimmer, kiedy odpuszcza tym wszystkim orkiestrom na sto skrzypiec, chwyta mnie za serce. Kolejny film, za którym nie przepadam, za to ten motyw... : 

 

Tak. Naprawdę jestem wyznawcą chórów wszelakich. Chóry na przykład takiego Bregovica. Taki utwór "Dreams" z "Arizona Dream". To mi wystarcza do szczęścia. Taki jeden utwór. Taki jeden chór. 
Nie chcę się rozpisywać, nie lubię pisać długich postów. Napomknę jedynie jeszcze o filmie "Little Miss Sunshine", który widziałam, podobnie jak "500 dni miłości" milion razy. Genialna muza zespołu Devotchka. 
A teraz, uwaga, szok, niedowierzanie, widzę to, przecieracie oczy ze zdumienia. Tak, jestem wrogiem polskiego kina. Tak, podoba mi się meeega wałek "Siedem życzeń" mimo, że nie znoszę kotów, nawet tych, które ponętnym głosem mówią "Dariuuszuuuuu". 
A na sam koniec, coś, co już kiedyś tutaj było. W jakimś muzycznym poście. Ale musi być znowu.

I niech reszta pozostanie milczeniem.