niedziela, 17 kwietnia 2016

Kup pan książkę (ewentualnie komiks)!

Jest niedziela, są ogłoszenia parafialne. 

Stało się tak, że potrzebuję miejsca. W związku z tym sprzedaję książki i kilka komiksów. Gdyby ktoś, coś zapraszam do kontaktu na fejsie (wystarczy wpisać w wyszukiwarkę "fomohaber" i gotowe), lub mailem: fomohaber@gmail.com, lub w komentarzu of kors. 

Zapraszam, pozdrawiam i inne serdeczności. 





środa, 13 kwietnia 2016

Show me a hero


Jakoś tak się złożyło, że zaprzyjaźniłam się z serialami. W kinie ostatnio byłam na "Zjawie". Daaaawno temu. Zupełnie nie wiem, z czego to wynika, może z faktu, że w moim odczuciu najlepsze kino mam już za sobą. Lata 90te nie wrócą, Harvey Keitel, Gary Oldman, Robert De Niro i Willem Dafoe młodsi nie będą, a Ben Affleck, Chris Hemsworth i Chris Evans wybijają mi oczy swoimi klatami, a ja tego o nie, nie lubię (no dobra, Evans ma plus za "Sunshine" ale to dzięki genialności filmu, nie jego grze).
Tak więc seriale. Wybór jest przeogromny i tak naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie. Jak ktoś lubi po turecku włączy sobie tvp, a jak ktoś woli z wąsem włączy sobie HBO GO. Ja wolę z wąsem.


"Show me a hero" to serial (w zasadzie miniserial) opowiadający historię Nicka Wasicsko - człowieka, który w wieku 28 lat obejmuje stanowisko burmistrza Yonkers (Juesej). Zadanie przed chłopakiem niełatwe, prawdę mówiąc ciut się wkopał, jednak młodość, wiara w siebie i w możliwość zmiany świata są tak silne, że Nick prze do przodu niczym kombajn podczas żniw. Otóż! Sąd federalny orzekł - trzeba wybudować mieszkania komunalne dla biedniejszej części społeczeństwa, przeważnie są to czarnoskórzy, przeważnie ćpają lub dilują, przeważnie mają dzieci z lewego łoża, przeważnie skończyli edukację na zerówce. Przeważnie. Nie zawsze. Mieszkania mają zostać wybudowane w dość ekskluzywnej dzielnicy co spotyka się z ogromnym protestem mieszkańców Yonkers. Powiedzmy sobie szczerze - białych, bogatych mieszkańców. Zaczynają się protesty, wrzaski, obelgi rzucane pod adresem Nicka i jego wąsa. Rady miasta sprowadzają się do pyskówek, interwencji policji, śliny tryskającej na prawo i lewo oraz głosowań, które za każdy razem przynoszą taki sam skutek - rada na budowę się nie zgadza, sąd budowę nakazuje. I weź tu bądź burmistrzem i miotaj się między ludem, a sądem. Przykro się na to wszystko patrzy. "Show me a hero" pokazuje, że wśród przyszłych mieszkańców nowych osiedli są samotna matka wychowująca trójkę dzieci, starsza pani tracąca wzrok z powodu cukrzycy, młoda dziewczyna starająca się wyjść na prostą (jednak ze zdebilałym chłopakiem u boku jest to dość trudne zadanie). Są zwykli ludzie, którym w życiu się nie udało i zasługują na pomoc i życzliwe słowo. I tak z odcinka na odcinek obserwujemy rozwój sytuacji, przeboje i podboje Nicka, problemy mieszkańców. W rezultacie osiedla zostają wybudowane, burmistrzem zostaje kto inny, a Nick... trzeba zobaczyć. Oczywiście mogłabym napisać wszystko bo serial jest na faktach. Każdy kto umie w wyszukiwarkę wpisać dwa słowa :"Nick Wasicsko" w ciągu minuty zapozna się z historią życia tego pana, jednak jak pokazuje forum filmwebu nawet w przypadku obrazu o prawdziwej postaci nie należy wychodzić przed szereg aby nie spotkać się z atmosferą bliską atmosferze podczas rad miejskich w Yonkers.


Jak ja lubię filmy i seriale społeczne. Wiem, że dla wielu są to nudy na pudy i flaki z olejem. Jak ja lubię Davida Simona, który jest scenarzystą idealnym. "The Wire" wciąż jest u mnie na pierwszym miejscu, jest serialem mojego życia i chyba nic tego nie zmieni. Teraz "Show me a hero". I znowu ludzie, różne punkty widzenia i to, co najbardziej lubię - nie wiem tak naprawdę kogo polubić, a kogo znielubić na amen. I zawsze ten jeden jedyny ostatni odcinek, gorzki, powodujący długą ciszę tuż po emisji, skłaniający do dyskusji, że nic nie jest tak, jak się nam wydaje. Że wszystko ma swoje dobre i złe strony. Że Nick miał rację ale też jej nie miał. Że społeczeństwo miało rację ale jakże się myliło. Że biedniejsi mieszkańcy wykorzystali szansę ale też ją cholernie zaprzepaścili. Za to kocham Cię Davidzie S. Spróbuj napisać coś pod jakiegoś superbohatera, spróbuj pójść tym modnym nurtem i nie wybaczę Ci tego nigdy.

Aktorsko serial oczywiście wymiata. W roli Nicka mój nowy ulubieniec - Oscar Isaac. Ładny pilot z "Gwiezdnych wojen" i tańczący Nathan z "Ex Machiny". Naprawdę koleś godny uwagi, przechodzi metamorfozy niczym uczestniczki programu "Sablewskiej sposób na modę".
Pojawia się też Winona Ryder, co mnie cieszy. Nie chcę o niej zapomnieć i mieć przed oczami tylko "Soku z żuka" (choć jest genialny, come mister tally man, tally me banana). Jest też Jon Bernthal, Alfred Molina i Catherine Keener, jednak całość skupia się wokół pana burmistrza i to on tutaj gra pierwsze skrzypce.
Całość przypada na wspaniałe lata 80te. Za duże marynarki, bufiaste rękawki i te piękne trwałe na kobiecych głowach. Ehhh, dzieciństwo, wróć.
Oczywiście bardzo polecam, to tylko (niestety) 6 godzin oglądania, warto się skusić.

piątek, 20 listopada 2015

Bone Tomahawk

 Nie lubię się bać. Wkurza mnie uczucie ciągłego niepokoju, jednak życie pokazuje, że filmy, podczas których robię w gacie są moimi ulubionymi filmami. Gryzę pazury, zatykam uszy i odwracam wzrok ale tak naprawdę cholernie to lubię. Tak też było tym razem.
Rzadko się zdarza, żebym nie wiedziała, co oglądam. Zawsze coś tam czytam, widzę trailer, zdjęcie. Tym razem nie wiedziałam nic. Zasiadłam, włączyłam i ryp. 
Film to historia szeryfa (Kurt Russel), jego prawej ręki, Chicory (Richard Jenkins), męża Arthura (nasz polski Patrick Wilson) oraz tajemniczego Johna Broodera (Matthew Fox), którzy udają się na ratunek żonie Arthura (lekarka co to zniknęła sobie w niewyjaśnionych okolicznościach).
Postaci zarysowane są genialnie i kapitalnie i lubię ich. Mam słabość do Richarda Jenkinsa. Jego Chicory jest dobrym, poczciwym, żyjącym wspomnieniami (a kto nimi nie żyje?), zwalistym i wiernym psem. Przy nodze szeryfa zawsze i wszędzie. Arthur,  mąż jak mąż, nie lubi, kiedy żona jest u góry i nie może znieść swojej sytuacji, którą to jest chora noga uziemiająca naszego bohatera i pozbawiająca go zwinności, szybkości oraz spontaniczności. Ciepła kluska, przynajmniej na początku, bo potem, poooootemmmm...... 
No i w końcu mój ulubiony - Brooder. Ej, tak nie lubiłam tego Fox'a. Wszystko przez serial "Lost", przez jego dziwną grę w tym tworze, który osiągał szczyty popularności, a który z sezonu na sezon był coraz bardziej o niczym. Brooder jest facetem z klasą. Wysoki, dumny i wyprostowany. Bardzo honorowy, wręcz rycerski. Wezwał żonę Arthura na pomoc, żony nie ma, żonę trzeba odnaleźć. I nie ma, że to nie moja żona, że co mnie to obchodzi - kobiecinę ratować trzeba. Brooder się nie pierdzieli, strzela bez ostrzeżenia, a na swoim koncie ma 116 indiańskich denatów, hell yeah! Swoją drogą, jakim trzeba być pedantem, żeby liczyć swoje ofiary? Kocham gościa.

Film jest konkretny, bez ckliwych historii, bez tego całego "jak byłem mały to tata robił mi brzydkie rzeczy". Nikt się nie zwierza, nie otwiera paszczy, kiedy nie ma takiej potrzeby. Wyjątkiem jest Chicory, jednak jest to w moim odczuciu reakcja na sytuację dość stresową, żeby nie powiedzieć sytuację przejerąbaną. Każdy z bohaterów dokładnie wie, co ma robić i mimo, że są razem, mam wrażenie, że każdy jest sam sobie.
I kiedy wydawało mi się, że będzie to snuj, jakich wiele, nagle oczom moim ukazało się zgrabne stadko kanibali. Nigdy, powtarzam, nigdy obraz tychże nie zniknie z mojej głowy. Każda modelka zamiast wkładania palców do gardła powinna nad kiblem powiesić zdjęcie jednego z tych czubów. Poszłoby bez problemu.

Jednak tym, co zrobiło na mnie największe wrażenie, tym, co zapamiętam do końca życia jest ten jeden, jedyny, charakterystyczny dźwięk. Kiedy słyszę gdzieś coś podobnego zaczynam nerwowo się rozglądać. Nie wiem, czy to alarm i zaraz dopadnie mnie jakiś koleś mający ochotę na moją polędwiczkę, czy może zwykły klakson samochodu. I kiedy okazuje się w jaki sposób dźwięk ten jest wydobywany.... bleh... nie chcę sobie tego nawet przypominać.

Fajnie jest nic o tym filmie nie wiedzieć. Patrzeć na tę powolność, na tę zbyt gorącą zupę i żonę opiekującą się swym kulawym mężem. Być z bohaterami podczas ich wędrówki, trzymać kciuki za powodzenie akcji. Wejść do jaskini i patrzeć na tę masakrę, ohydną, ociekającą krwią i czuć ból nóg podczas łamania ofiarom kości.  Fajnie jest dostać nagle po mordzie, a potem patrzeć przez palce, bo ciekawość jest silniejsza od strachu. A strach jest. Wziął mnie pan reżyser z zaskoczenia. Za taką małą kasę taki film? Naprawdę? Dlaczego w polskich kinach dziennie jest kilkanaście seansów tych pieprzonych "Listów do M.", a nie ma miejsca na choćby jeden seans "Bone Tomahawk"?. Żal.
Ode mnie 10/10. Kto nie widział ten trąba. 

wtorek, 10 listopada 2015

Cop Car


Robiłam w dzieciństwie różne rzeczy. Czasem genialne - zupa z trawy, ślub w zbożu tudzież mecz rugby na ściernisku (boso). Czasem głupie i bezmyślne - ubzduranie sobie, że jak zjem obiad w przedszkolu na pewno będę wymiotować, podmianka zniczy na cmentarzu, czy obcięcie włosów kuzynce (sama chciała). Każdy ma swoją banię.

"Cop Car" to historia dwóch chłopców, których bania polega na łażeniu po łąkach, przeklinaniu i bawieniu się patykami. Dnia pewnego chłopcy znajdują ukryty gdzieś na polance wóz policyjny. Postanawiają wsiąść za kierownicę i pobawić się w policjantów. Początkowa powolna jazda po łące zamienia się w brawurową jazdę po szosie. Głupota aż trzeszczy. Co prawda chłopcy nie mają jakichś autorytetów do naśladowania. Z tego, co pamiętam (film oglądałam jakiś czas temu) są z rozbitych rodzin, nie usprawiedliwia to jednak głupoty z jaką ci dwaj dżentelmeni idą przez świat. Przecież każde normalne dziecko wsiadłoby do opuszczonego radiowozu i pojechałoby ponad stówę po szosie. No przecież. 
Wszystko może i byłoby dobrze, gdyby nie fakt, iż wóz ów należał do niejakiego Szeryfa Kretzera (Kevin Bacon). Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że szeryf w bagażniku ukrywa zwłoki, które skrzętnie ukrywa w dziurze na polance, uprzednio pakując je w gustowny, czarny wór. Wszystko może i byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że szeryf po zakopaniu denata chce spokojnie wrócić do domu, jednak, ups, nie ma czym.
Potem następuje szereg zdarzeń - usuwanie dowodów przez pana Bacona (nie do końca wiadomo, co się stało ale usuwa ostro), próba nawiązania łączności z chłopaczkami przez radio, przypadkowy świadek widzący małoletniego za kierownicą radiowozu, wreszcie przerażający krzyk dobiegający z bagażnika, zabawy z bronią itd.
Akcja to za duże słowo. Kto z Was widział "Blue Ruin", "Cold in July" lub "The Rover" ten wie, że główną zaletą tych filmów jest powolność, snujstwo, sceny długie jak spaghetti, a zarazem takie napięcie i gryzienie pazurów, że na miejscu usiedzieć się nie da. Taki też jest "Cop Car". Powolny, ciągnący się jak gil z nosa, żółty, cichy. Krew jest bardziej ohydna niż kiedykolwiek, a cisza sprawia, że czeka się na najgorsze.
Duże brawa dla Bacona. Szacun. Nie wiem jak z oglądalnością, ale "Footloose" to to nie jest. Fajnie było zobaczyć Shea Whigham'a. Powoli, powoli, myślę, że ten pan nam wszystkim jeszcze skopie tyłki.

Jedynym minusem filmu są dla mnie te dwa małe przygłupy. Naprawdę nie mogę przeboleć rzucania pistoletem lub podawania go koledze lufą do twarzy. Przedszkolaki zrobiłyby to lepiej. Już nie wspomnę o tym, że film dzieje się w Juesej, gdzie w każdym domostwie znajduje się jakaś broń. Cóż. Za głupotę trzeba płacić. Ale o tym cicho sza.
Film oczywiście polecam. Rzadko zdarza się taki wąs u mężczyzny. 

sobota, 19 września 2015

Sicario


"Where's my fucking column?" ryknął mój redaktor naczelny, czym zmusił mnie do spędzenia sobotniego wieczoru przed komputerem. Cwaniak siedzi teraz, pije piwo i suszy zęby, a ja się zastanawiam bo rzadko się zdarza, żeby brakowało mi słów. Ciut mi brakuje.
O Denisie Villeneuve pisałam już kilkakrotnie, za każdym razem plasując go w czołówce moich ukochanych reżyserów. Wczorajszy wieczór utwierdził mnie w przekonaniu, że ten człowiek jest mistrzem walenia moją szczęką o podłogę. Żadna laska żrąca popkorn i koleś ciągnący wódę z flaszki nie byli w stanie mi przeszkodzić. 


"Sicario" to historia agentki FBI - Kate (Emily Blunt), która zostaje wciągnięta w akcję pod tytułem "zgarniamy szefa meksykańskiego kartelu narkotykowego". Akcja śmierdzi, owiana jest jakąś tajemnicą, grubą ściemą ale Kate brnie. Musi wiedzieć i tyle. Skoro już dała się zrobić chce się przekonać, czy było warto. Leci zatem do El Paso, które jednak okazuje się być Juarez. Towarzyszą jej (a raczej ona im) dwaj dżentelmeni - Matt (Josh Brolin) oraz Alejandro (Benicio Del Toro). 
Ostatni raz tak się bałam, hmmm, nie pamiętam kiedy. Żaden horror, żaden wypasiony thriller nie zrobił ze mną tego, co ów film. Od samego początku, od wjazdu na chatę, po ostatnią scenę bolał mnie brzuch, serce waliło jak oszalałe, a mózg podsuwał mi najgorsze scenariusze. Trzy razy zatykałam uszy, dwa razy wbiłam pazury w towarzyszące mi ramię. 
Jezus Maria. Całą drogę powrotną do domu miałam wrażenie, że z samochodu obok wyskoczy łysy, wytatuowany koleś i przystawi mi spluwę do głowy. W nocy śnił mi się mały chłopczyk (z Meksyku naturalnie), który celował mi w stopy, a ja leżałam nieruchomo i czekałam, kiedy mnie zabije. I taki jest ten film. Ciągłe czekanie w niewyobrażalnie wielkim napięciu. Cisza, przydługie spojrzenie w oczy, przejście tunelem i broń, która w każdej chwili może wystrzelić. Nie, nie wtedy, kiedy się spodziewałam. Wtedy, kiedy nie spodziewałam się w ogóle. Jeżeli chodzi o budowanie napięcia Villeneuve jest moim mistrzem i nie ma bata, żeby ktoś zajął jego miejsce. Za każdym razem kiedy oglądam jego film jestem tak bardzo zdenerwowana i nie gotowa i tak bardzo kocham to uczucie, że, mimo dziwnego mrowienia w brzuchu, chcę więcej i więcej. 


Byłam Kate. Patrzyłam jej oczami i myślałam jej mózgiem. Czułam się wyalienowana, odstawiona na bok i potraktowana jak piąte koło u wozu. Czułam się oszukana, a przede wszystkim kolejny raz (dzięki Denis, zawsze mi to robisz) pozbyłam się jakichkolwiek złudzeń.
Villeneuve się nie pieprzy. Pokazuje jak jest. Nie ma miłych zakończeń. Są trzej główni bohaterowie, których nie jestem w stanie ocenić. Tacy po prostu są i koniec. Tak jest w Juarez i koniec. Dzieci grają w piłkę, nagle słychać strzały, mecz zostaje przerwany, strzały cichną, mecz zostaje wznowiony. Tak jest i koniec. Nikt tego nie tłumaczy, nikt się temu nie dziwi. Cały Denis. Wychodzę z kina zmielona, wypluta i zaczynam  rozumieć, że ten szary i brązowy kolor to nie tylko kurtka i kolor ścian. Odechciewa mi się starać i dążyć bo jest jak jest. I będzie nadal. 
Aktorsko wymiotło. Emily Blunt lubię od zawsze. Za scenę z kowbojem lubię jeszcze bardziej. Josh Brolin w końcu zaczyna wychodzić na salony, jak wino, im starszy tym lepszy. Cwaniacki uśmieszek i japonki. Prawda ukryta gdzieś tam, pod kopułą. I wreszcie - Benicio Del Toro. To jest jego film. To jest film jego obślinionego palca włożonego w ucho kowboja. To jest jego spojrzenie, wilcze i złe. Sprawiające, że duzi chłopcy płaczą, a drobnym kobietom trzęsą się ręce. To jest, czarno na białym, definicja stwierdzenia "iść po trupach do celu". 
Nikogo nie polubiłam, nikogo nie znielubiłam. Nic nie było złe, nic nie było dobre. Za to wielbię Denisa V. Jest jak jest, tak, a nie inaczej. Patrzę na sytuację i po prostu ją przeżywam i nie mam w ogóle ochoty na ocenę postępowania kogokolwiek. Czuję się oblepiona tym filmem. Chcę już pomyśleć o czymś innym ale nie umiem. Czuję brud, syf, krew. Boję się, chociaż w zasadzie nie wiem czego. Jestem wywrócona na lewą stronę, wyjęta z pralki i wygnieciona jak pościel po upojnej nocy.

Nienawidzę tego uczucia wiecznego spięcia i strachu, a jednak wciąga mnie to cholerne bagno i z każdą minutą chcę bać się bardziej. I ta cisza, której tak często potrzebuję w "Sicario" jest największym wrogiem. Cisza, spojrzenie i ryp. Jesteś trupem. 
I ta, kurde, Kate odarta z jakiejkolwiek nadziei. Widzę siebie i pewnie większość ludzi, którym kiedyś wydawało się, że świat będzie leżał u ich (moich) stóp. Ja będę ostatnim sprawiedliwym, królową życia i człowiekiem z misją. Wszystko się zmieni, kiedy tylko zostanę lekarzem, policjantką, nauczycielką. Spod mojej ręki wyjdą najmądrzejsze zdania, a świat przekona się o mojej genialności. I tutaj dostaję między oczy wielkim fakiem posłanym mi przez Denisa Villeneuve. Amen. 

piątek, 18 września 2015

Aktorzy i aktorki w teledyskach, część 1.

Najlepsze połączenie? Film i muzyka. Taki duet. Jeśli mogę popatrzeć na aktora, aktorkę w teledysku (ktoś jeszcze używa słowa "teledysk"?) - super. Jeśli do tego wszystkiego wałek mnie bierze - I'm in heaven babe. Jak to zwykle ze mną bywa, 10 minut po opublikowaniu tego posta będę miała w głowie jakieś 20 klipów, które przecież uwielbiam, a o których zapomniałam ale fuck it. Pierwsza myśl zawsze najlepsza. Podobno. Lecim.

Anthony and the Johnsons swego czasu należał do moich ulubieńców. Kiedy przeszłam z melancholii w wieczne adhd trochę mi minęło ale czasem lubię wrócić. Willem Dafoe to aktor, którego uwielbiam. Podoba mi się także jako mężczyzna, bardzo nawet. W klipie pojawia się także spoko performerka Marina Abramovic, oraz pani, której nie znam, choć może powinnam - Carice van Houten. Piękny wałek, piękny klip, piękny Willem:


Alan Rickman. Wystarczy, że otworzy paszczę i już u stóp ma cały świat (a przynajmniej wszystkie kobiety). Lubię gościa. Lubię też zespół Texas choć czasem przynudza. Rickman pojawiał się już w klipach Texasu, jednak ten ów jeden bierze mnie najbardziej. Wokalistka taka ładna, Alan taki białowłosy (Geralt?!?!?!), pies taki przytulny. Mniam:


Dobra. Jestem pewna, że każdy facet będący moim rówieśnikiem lub prawie rówieśnikiem sikał oglądając "Crazy" Aerosmith. Live Tyler i Alicia Silverstone są takie piękne, młode i długowłose. Są tą wolnością, wiatrem we włosach i tym marzeniem o życiu. Mają te figury, te ciuchy i ten samochód. Trochę z sentymentu, trochę drę łacha, a trochę chciałam kiedyś być Liv Tyler:


Ok. Ten wałek szczerze kocham. Uwielbiam, kiedy Chevy Chase jedzie samochodem na europejskie wakacje i wypowiada nie wiem ile razy "O! Łuk Triumfalny!". Jak to mawia młodzież "dobra nuta" (tak? mawia tak?):


Teraz będzie wiśnia na torcie, kleks śmietany na zupie, słoik nutelli zjedzony łyżką oraz beza - David Bowie. Nie będę tutaj pieśni pochwalnych ku czci uskuteczniać, gdyż każdy wie, zna i (mam nadzieję) uwielbia. Ale ten klip. O matkobosko! Gary Oldman to kolejny aktor mieszczący się w 10tce mych ukochanych, Marion Cotillard również zamiata (czekam na "Makbeta"). Katechetka mnie znielubi ale jestem gotowa stracić tę jedną duszę na rzecz podziwiania teledysku jeszcze.... i jeszcze..... i jeszcze:


Mumford and Sons już mi się przejadło ale klip ten powstał w momencie, kiedy jeszcze zazdrościłam Carey Mulligan iż pojęła za męża Marcusa Mumforda. Za każdy razem uśmiecham się ciut pod nosem i uwielbiam te doklejone brody. Uwielbiam też film "Dar", w którym to świetnie zagrał Jason Bateman. Polecam zatem obejrzeć klip dwa razy - pierwszy raz rzucając okiem na ogół, drugi raz rzucając okiem na Batemana (jakże on zjada te łzy...). Propsuję!

Na koniec coś, co zna każdy. W zasadzie nie leży mi ten wałek, ale kiedy spytałam źródło doradcze o pierwsze skojarzenie z aktorem w teledysku usłyszałam "Christopher Walken!". No ładny obrazek, nie powiem, Nawet bardzo ładny, jednak Fatboy Slim nigdy mi nie leżał (nie siedział mi też). Ktoś nie zna tego klipu? Wątpię. Ale warto sobie przypomnieć:


Miłego weekendu i tak, będzie część druga. Wielkie joł. 





piątek, 14 sierpnia 2015

"Sometimes your worst self is your best self"


"Never do anything out of hunger, not even eating". Zrobię sobie taki tatuaż.

Kończąc temat:


 Paolo C. byłby dumny.