środa, 4 stycznia 2017

Aktorki, którym zazdroszczę

Monica Belluci


W zasadzie powinnam tę panią zostawić bez komentarza. Jeśli jest na świecie kobieta, która jej nie zazdrości, chcę ją poznać i wybić jej ów brak zazdrości z głowy. Jak można tak ociekać klasą? Chciałabym być damą ale z Monicą łączy mnie tyle, co nic. Jestem pewna, że tuż po przebudzeniu wygląda równie pięknie, jak po nałożeniu tony makijażu. Jestem pewna, że kiedy robi jajecznicę (je rajt, na pewno to właśnie robi) to jest przy tym tak dostojna, piękna, odrzucająca włosy do tyłu, że białko ścina się bez użycia gazu. No chyba, że ma kuchenkę elektryczną. To sorry. Czas w przypadku tej pani nie ma żadnego znaczenia. Od zawsze jest piękna i tak już pozostanie. Najbardziej zazdroszczę jej klasy. Tak bym chciała damą być ale cóż, nie w tym życiu. Szkoda, że tak jej mało. Mogłaby zagrać w jakiejś totalnej porażce, oglądałabym dla samego widoku.

Uma Thurman


Tutaj sprawa rozbija się o Quentina. Jeśli miałabym jedną, jedyną okazję zagrać w filmie, chciałabym, żeby Quentin reżyserował. Żeby mnie ubrał w żółty kombinezon i wsadził do cipkowozu. Żeby włożył mi w rękę papierosa i zaproponował czarną grzywkę i białą koszulę. Przebolałabym nawet Travoltę. Poza tym Uma miała za męża Garego Oldmana. Sorry, nie da się nie zazdrościć. No i ma 180 cm wzrostu. Szacun. Podoba mi się, jak Czesi mówią, że oto przed państwem Juma Derman.
Millie Bobby Brown


Uwielbiam utalentowane dzieci. Nie, żebym gardziła tymi "zwykłymi" (o ile takie w ogóle są) ale od zawsze ogromny szacun i podziw kieruję w stronę czteroletnich perkusistów i dwuletnich tancerzy i innych malarzy, tapeciarzy, tynkarzy. Millie Bobby Brown, czyli, umówmy się, Eleven. Odkąd zobaczyłam ją w Stranger Things jestem jej największą fanką. Czego jej zazdroszczę? Ogromnego talentu. Tyle emocji wyrażonych gestami, twarzą, ciałem. Takie smutne oczy potrafiące zmienić się nagle w wesołe. Umiejętność rozkochania w sobie wszystkich tych, którzy serial oglądali. Dzieci w filmach i serialach zazwyczaj są dziećmi (może poza Christianem Balem, który w Imperium Słońca był geniuszem i dziś używa dokładnie tego samego zestawu min i nie mogę się temu przestać dziwić), dobrze się bawią, a że mają naturalną skłonność do wcielania się w role wychodzi to przeważnie dobrze. U Eleven wyszło prześwietnie. Mądrze, dojrzale. Śledzę jej poczynania. Jest mądrą, śmiałą dziewczynką. Ostatnio widziałam ją w klipie Sigmy ft. Birdy do piosenki "Find me" i znowu się zachwyciłam. Ta twarz jest niesamowita. Zazdroszczę jej talentu i każdej jednej miny wyprodukowanej przez tę miłą, łagodną twarz. Mam nadzieję, że sodówa ominie Millie szerokim łukiem i w przyszłości będę ją oglądała w wielu filmach. Tymczasem czekam na Stranger Things 2.

Emma Stone


Tutaj zazdroszczę umiejętności, którą chciałabym posiadać ale, kurde, nie umiem. Połączenie bycia chłopczycą i wyluzowaną laską z elegancką i seksowną damą. Tak. Emma to potrafi. Wystroi się niesamowicie, wyczesze, wymaluje, strzela tym swoim seksem na prawo i lewo, po czym siada na kanapie u Fallona czy innego Kimmela i jest taka klawa, luźna i kumpelska, że aż chce się z nią zaprzyjaźnić. Podobnie ma Jennifer Lawrence z tym, że ta jest bardziej wulgarna, zbyt głośna i ogólnie jej nie lubię. Czekam na La La Land, mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zobaczyć, czuję, że będzie przedobrze. Trochę nie mogę przeboleć Garfielda u boku ale cóż, miłość jest ślepa i najwidoczniej lubi głowy z toną włosów :).

Krystyna Janda


Mój stosunek do polskiej kinematografii, polskich aktorek i aktorów oraz reżyserów jest jaki jest. Nie lubię, jestem uprzedzona i szkoda mi czasu. Krystyna Janda to osobna para butów. Czego jej zazdroszczę? Odwagi. Pewnie to kwestia wieku, pozycji na rynku, mądrości. Nieważne. Zazdroszczę odwagi. Krystyna Janda nie boi się mówić o aborcji, o prawach kobiet, o partii wspaniale nam rządzącej i o całym syfie, który przetacza się właśnie przez nasz kraj. W nosie ma, czy komuś się to spodoba, czy nie i za to ogromny szacun. Mogłaby to olać. Dzieci odchowane, mnóstwo filmów na koncie, teatr, reklama. Ale nie. Od wielu, wielu lat zapytana o autorytet odpowiadałam:"yyyy nie mam". Myślę, że teraz jest to Krystyna Janda. Taką mądrą, dojrzałą, inteligentną i potrząsającą głową kobietą mogłabym być.
Alicia Vikander


Krótka piłka. Alicii zazdroszczę Michaela Fassbendera. :)



piątek, 16 grudnia 2016

Długa noc

Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu toczy się cichy i nieoficjalny pojedynek pomiędzy HBO, a Netflixem. Nawet nie same stacje, co fani, wypisują różne dziwne zarzuty, prześcigają się w kolejnych obejrzanych tytułach i nie wiem czemu to wszystko ma służyć. Dla mnie lepiej - być może dzięki temu poziom pójdzie w górę i jeszcze bardziej w górę, aż w końcu osiągnie szczyt szczytów i będę jakże najszczęśliwsza. Na razie korzystam ile wlezie.
Kilka seriali i filmów za mną ale jakoś ten jeden siedzi mi ciągle w głowie. Dlatego na tapetę idzie "The Night off" co w naszym wspaniałym, polskim tłumaczeniu oznacza "Długą noc". Niech i tak będzie.

"Długa noc" to opowieść o młodym studencie z Pakistanu o imieniu Nazir, który wraz z rodziną mieszka w Nowym Jorku. Pewnego wieczoru podbiera ojcu taksówkę i jedzie na imprezę. Po drodze musi się gęsto tłumaczyć kolejnym pasażerom, że on nie jest taksówkarzem i mają spadać bo nigdzie ich nie zawiezie, aż w końcu do taryfy wsiada młode, piękne, całe na czarno dziewczę i sytuacja się lekko odmienia. Dziewczę ma w oczach seks, dzikość i trochę depresji, na co Nazir reaguje rozbieganymi oczkami i wgapianiem się w lusterko. Laska mówi, że chce nad wodę, jadą zatem nad wodę. Po drodze mają kilka przygód, które zrobiły mi z mózgu wodę powodując analizę każdej postaci (coś jak w True Detective, oczywiście na końcu okazało się, że i tak nie miałam racji....). Koniec końców lądują u młodej w domu, zarzucają jakieś tam dragi, piją alkohol i bawią się w zabawy z nożem. Od noża do seksu krótka droga. Wiadomo. Po wszystkim nasz bohater budzi się na kuchennym stole, trochę nie ogarnia, szuka koleżanki, wchodzi do sypialni, a tam zonk. Krew, denatka, krew i więcej krwi. No i tutaj serial się zaczyna. Młody zostaje oskarżony o morderstwo.
Do akcji wkracza mój ukochany John Turturro (ponoć najpierw postać adwokata miał grać James Gandolfini ale nie doczekał, potem Robert DeNiro, w końcu padło na Johna i całe szczęście), czyli adwokat Jack Stone, który generalnie jest wyznawcą chodzenia na ugodę, ma w nosie klientów i chce tylko zarabiać. Smaczku postaci dodaje choroba - egzema. Trencz, koszula, aktówka, sandały i stopy owinięte folią spożywczą. Do tego patyczek służący do drapania. Mniamuśniej być nie mogło. Mamy jeszcze kumpla z więzienia - Freddie'go (Michael Kenneth Williams, którego uwielbiam za The Wire), młodą panią adwokat - Chandrę (Amara Karan), no i to w zasadzie tyle. Są jeszcze inne postaci ale te, które wymieniłam najbardziej zostały mi w pamięci.


Serial ma minusy. Dość dużo zapychaczy dziur, które sprawiały, że momentami odcinki się dłużyły. Jest to typ powolniaka, mięsistego rozwleczonego flaka z olejem ale, kurde, bez przesady. Nie interesuje mnie brat Nazira i syn Stone'a. Skoro ich wątki nie zostały rozwinięte, po co siać zamęt Naprawdę, 8 odcinków to niewiele i nie trzeba wprowadzać niepotrzebnych bohaterów i sytuacji nie mających związku z tematem serialu.
"Długa noc" idealnie wpasowuje się w dzisiejszą beznadzieję związaną z walką z systemem. No nie ma na dziada sposobu. Wszędzie (służba zdrowia, policja, oświata, kultura itd.) rządzą koneksje, lenistwo, wykonywanie roboty od do i olewanie potencjalnego pacjenta, klienta, ucznia. Są jakieś tam dowody, w sumie byle jakie, ale są. Emerytura za pasem, kolejna sprawa za pasem, po co się wgłębiać i analizować. Winny. I koniec tematu. Lecimy z kolejnym. Sam Nazir też jakoś nie za bardzo się stara, wsiąka w więzienne środowisko i poznajemy jego nową (a może prawdziwą?) twarz. Mam takie wrażenie, że w "Długiej nocy" nikomu na nikim nie zależy, są jakieś pojedyncze przebłyski ale nie mają siły przebicia. Jednak jest coś, co przyciąga w stronę telewizora i chce się tę beznadzieję i powolność oglądać. Nie ma nagłych zwrotów akcji, zaskakujących sytuacji (nie czuję, że rymuję) ale coś trzyma na tyłku i zmusza do dalszego oglądania.


W sumie polecam, chociaż nie każdy będzie usatysfakcjonowany. Na długie, zimowe wieczory w sam raz. Ciekawa jestem, czy serial zgarnie jakieś nagrody. Przeszedł chyba bez echa i jest za cichy na te wszystkie "Gry o tron" (uwielbiam) i "House of cards" (Frank, jesteś największą świnią).
Gdybym miała oceniać dałabym 6 na 10. Niech ma. Jeden punkt jest za oczy Nazira. 4 punkty za zdjęcia. 1 za Johna T. Amen.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Kup pan książkę (ewentualnie komiks)!

Jest niedziela, są ogłoszenia parafialne. 

Stało się tak, że potrzebuję miejsca. W związku z tym sprzedaję książki i kilka komiksów. Gdyby ktoś, coś zapraszam do kontaktu na fejsie (wystarczy wpisać w wyszukiwarkę "fomohaber" i gotowe), lub mailem: fomohaber@gmail.com, lub w komentarzu of kors. 

Zapraszam, pozdrawiam i inne serdeczności. 





środa, 13 kwietnia 2016

Show me a hero


Jakoś tak się złożyło, że zaprzyjaźniłam się z serialami. W kinie ostatnio byłam na "Zjawie". Daaaawno temu. Zupełnie nie wiem, z czego to wynika, może z faktu, że w moim odczuciu najlepsze kino mam już za sobą. Lata 90te nie wrócą, Harvey Keitel, Gary Oldman, Robert De Niro i Willem Dafoe młodsi nie będą, a Ben Affleck, Chris Hemsworth i Chris Evans wybijają mi oczy swoimi klatami, a ja tego o nie, nie lubię (no dobra, Evans ma plus za "Sunshine" ale to dzięki genialności filmu, nie jego grze).
Tak więc seriale. Wybór jest przeogromny i tak naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie. Jak ktoś lubi po turecku włączy sobie tvp, a jak ktoś woli z wąsem włączy sobie HBO GO. Ja wolę z wąsem.


"Show me a hero" to serial (w zasadzie miniserial) opowiadający historię Nicka Wasicsko - człowieka, który w wieku 28 lat obejmuje stanowisko burmistrza Yonkers (Juesej). Zadanie przed chłopakiem niełatwe, prawdę mówiąc ciut się wkopał, jednak młodość, wiara w siebie i w możliwość zmiany świata są tak silne, że Nick prze do przodu niczym kombajn podczas żniw. Otóż! Sąd federalny orzekł - trzeba wybudować mieszkania komunalne dla biedniejszej części społeczeństwa, przeważnie są to czarnoskórzy, przeważnie ćpają lub dilują, przeważnie mają dzieci z lewego łoża, przeważnie skończyli edukację na zerówce. Przeważnie. Nie zawsze. Mieszkania mają zostać wybudowane w dość ekskluzywnej dzielnicy co spotyka się z ogromnym protestem mieszkańców Yonkers. Powiedzmy sobie szczerze - białych, bogatych mieszkańców. Zaczynają się protesty, wrzaski, obelgi rzucane pod adresem Nicka i jego wąsa. Rady miasta sprowadzają się do pyskówek, interwencji policji, śliny tryskającej na prawo i lewo oraz głosowań, które za każdy razem przynoszą taki sam skutek - rada na budowę się nie zgadza, sąd budowę nakazuje. I weź tu bądź burmistrzem i miotaj się między ludem, a sądem. Przykro się na to wszystko patrzy. "Show me a hero" pokazuje, że wśród przyszłych mieszkańców nowych osiedli są samotna matka wychowująca trójkę dzieci, starsza pani tracąca wzrok z powodu cukrzycy, młoda dziewczyna starająca się wyjść na prostą (jednak ze zdebilałym chłopakiem u boku jest to dość trudne zadanie). Są zwykli ludzie, którym w życiu się nie udało i zasługują na pomoc i życzliwe słowo. I tak z odcinka na odcinek obserwujemy rozwój sytuacji, przeboje i podboje Nicka, problemy mieszkańców. W rezultacie osiedla zostają wybudowane, burmistrzem zostaje kto inny, a Nick... trzeba zobaczyć. Oczywiście mogłabym napisać wszystko bo serial jest na faktach. Każdy kto umie w wyszukiwarkę wpisać dwa słowa :"Nick Wasicsko" w ciągu minuty zapozna się z historią życia tego pana, jednak jak pokazuje forum filmwebu nawet w przypadku obrazu o prawdziwej postaci nie należy wychodzić przed szereg aby nie spotkać się z atmosferą bliską atmosferze podczas rad miejskich w Yonkers.


Jak ja lubię filmy i seriale społeczne. Wiem, że dla wielu są to nudy na pudy i flaki z olejem. Jak ja lubię Davida Simona, który jest scenarzystą idealnym. "The Wire" wciąż jest u mnie na pierwszym miejscu, jest serialem mojego życia i chyba nic tego nie zmieni. Teraz "Show me a hero". I znowu ludzie, różne punkty widzenia i to, co najbardziej lubię - nie wiem tak naprawdę kogo polubić, a kogo znielubić na amen. I zawsze ten jeden jedyny ostatni odcinek, gorzki, powodujący długą ciszę tuż po emisji, skłaniający do dyskusji, że nic nie jest tak, jak się nam wydaje. Że wszystko ma swoje dobre i złe strony. Że Nick miał rację ale też jej nie miał. Że społeczeństwo miało rację ale jakże się myliło. Że biedniejsi mieszkańcy wykorzystali szansę ale też ją cholernie zaprzepaścili. Za to kocham Cię Davidzie S. Spróbuj napisać coś pod jakiegoś superbohatera, spróbuj pójść tym modnym nurtem i nie wybaczę Ci tego nigdy.

Aktorsko serial oczywiście wymiata. W roli Nicka mój nowy ulubieniec - Oscar Isaac. Ładny pilot z "Gwiezdnych wojen" i tańczący Nathan z "Ex Machiny". Naprawdę koleś godny uwagi, przechodzi metamorfozy niczym uczestniczki programu "Sablewskiej sposób na modę".
Pojawia się też Winona Ryder, co mnie cieszy. Nie chcę o niej zapomnieć i mieć przed oczami tylko "Soku z żuka" (choć jest genialny, come mister tally man, tally me banana). Jest też Jon Bernthal, Alfred Molina i Catherine Keener, jednak całość skupia się wokół pana burmistrza i to on tutaj gra pierwsze skrzypce.
Całość przypada na wspaniałe lata 80te. Za duże marynarki, bufiaste rękawki i te piękne trwałe na kobiecych głowach. Ehhh, dzieciństwo, wróć.
Oczywiście bardzo polecam, to tylko (niestety) 6 godzin oglądania, warto się skusić.

piątek, 20 listopada 2015

Bone Tomahawk

 Nie lubię się bać. Wkurza mnie uczucie ciągłego niepokoju, jednak życie pokazuje, że filmy, podczas których robię w gacie są moimi ulubionymi filmami. Gryzę pazury, zatykam uszy i odwracam wzrok ale tak naprawdę cholernie to lubię. Tak też było tym razem.
Rzadko się zdarza, żebym nie wiedziała, co oglądam. Zawsze coś tam czytam, widzę trailer, zdjęcie. Tym razem nie wiedziałam nic. Zasiadłam, włączyłam i ryp. 
Film to historia szeryfa (Kurt Russel), jego prawej ręki, Chicory (Richard Jenkins), męża Arthura (nasz polski Patrick Wilson) oraz tajemniczego Johna Broodera (Matthew Fox), którzy udają się na ratunek żonie Arthura (lekarka co to zniknęła sobie w niewyjaśnionych okolicznościach).
Postaci zarysowane są genialnie i kapitalnie i lubię ich. Mam słabość do Richarda Jenkinsa. Jego Chicory jest dobrym, poczciwym, żyjącym wspomnieniami (a kto nimi nie żyje?), zwalistym i wiernym psem. Przy nodze szeryfa zawsze i wszędzie. Arthur,  mąż jak mąż, nie lubi, kiedy żona jest u góry i nie może znieść swojej sytuacji, którą to jest chora noga uziemiająca naszego bohatera i pozbawiająca go zwinności, szybkości oraz spontaniczności. Ciepła kluska, przynajmniej na początku, bo potem, poooootemmmm...... 
No i w końcu mój ulubiony - Brooder. Ej, tak nie lubiłam tego Fox'a. Wszystko przez serial "Lost", przez jego dziwną grę w tym tworze, który osiągał szczyty popularności, a który z sezonu na sezon był coraz bardziej o niczym. Brooder jest facetem z klasą. Wysoki, dumny i wyprostowany. Bardzo honorowy, wręcz rycerski. Wezwał żonę Arthura na pomoc, żony nie ma, żonę trzeba odnaleźć. I nie ma, że to nie moja żona, że co mnie to obchodzi - kobiecinę ratować trzeba. Brooder się nie pierdzieli, strzela bez ostrzeżenia, a na swoim koncie ma 116 indiańskich denatów, hell yeah! Swoją drogą, jakim trzeba być pedantem, żeby liczyć swoje ofiary? Kocham gościa.

Film jest konkretny, bez ckliwych historii, bez tego całego "jak byłem mały to tata robił mi brzydkie rzeczy". Nikt się nie zwierza, nie otwiera paszczy, kiedy nie ma takiej potrzeby. Wyjątkiem jest Chicory, jednak jest to w moim odczuciu reakcja na sytuację dość stresową, żeby nie powiedzieć sytuację przejerąbaną. Każdy z bohaterów dokładnie wie, co ma robić i mimo, że są razem, mam wrażenie, że każdy jest sam sobie.
I kiedy wydawało mi się, że będzie to snuj, jakich wiele, nagle oczom moim ukazało się zgrabne stadko kanibali. Nigdy, powtarzam, nigdy obraz tychże nie zniknie z mojej głowy. Każda modelka zamiast wkładania palców do gardła powinna nad kiblem powiesić zdjęcie jednego z tych czubów. Poszłoby bez problemu.

Jednak tym, co zrobiło na mnie największe wrażenie, tym, co zapamiętam do końca życia jest ten jeden, jedyny, charakterystyczny dźwięk. Kiedy słyszę gdzieś coś podobnego zaczynam nerwowo się rozglądać. Nie wiem, czy to alarm i zaraz dopadnie mnie jakiś koleś mający ochotę na moją polędwiczkę, czy może zwykły klakson samochodu. I kiedy okazuje się w jaki sposób dźwięk ten jest wydobywany.... bleh... nie chcę sobie tego nawet przypominać.

Fajnie jest nic o tym filmie nie wiedzieć. Patrzeć na tę powolność, na tę zbyt gorącą zupę i żonę opiekującą się swym kulawym mężem. Być z bohaterami podczas ich wędrówki, trzymać kciuki za powodzenie akcji. Wejść do jaskini i patrzeć na tę masakrę, ohydną, ociekającą krwią i czuć ból nóg podczas łamania ofiarom kości.  Fajnie jest dostać nagle po mordzie, a potem patrzeć przez palce, bo ciekawość jest silniejsza od strachu. A strach jest. Wziął mnie pan reżyser z zaskoczenia. Za taką małą kasę taki film? Naprawdę? Dlaczego w polskich kinach dziennie jest kilkanaście seansów tych pieprzonych "Listów do M.", a nie ma miejsca na choćby jeden seans "Bone Tomahawk"?. Żal.
Ode mnie 10/10. Kto nie widział ten trąba. 

wtorek, 10 listopada 2015

Cop Car


Robiłam w dzieciństwie różne rzeczy. Czasem genialne - zupa z trawy, ślub w zbożu tudzież mecz rugby na ściernisku (boso). Czasem głupie i bezmyślne - ubzduranie sobie, że jak zjem obiad w przedszkolu na pewno będę wymiotować, podmianka zniczy na cmentarzu, czy obcięcie włosów kuzynce (sama chciała). Każdy ma swoją banię.

"Cop Car" to historia dwóch chłopców, których bania polega na łażeniu po łąkach, przeklinaniu i bawieniu się patykami. Dnia pewnego chłopcy znajdują ukryty gdzieś na polance wóz policyjny. Postanawiają wsiąść za kierownicę i pobawić się w policjantów. Początkowa powolna jazda po łące zamienia się w brawurową jazdę po szosie. Głupota aż trzeszczy. Co prawda chłopcy nie mają jakichś autorytetów do naśladowania. Z tego, co pamiętam (film oglądałam jakiś czas temu) są z rozbitych rodzin, nie usprawiedliwia to jednak głupoty z jaką ci dwaj dżentelmeni idą przez świat. Przecież każde normalne dziecko wsiadłoby do opuszczonego radiowozu i pojechałoby ponad stówę po szosie. No przecież. 
Wszystko może i byłoby dobrze, gdyby nie fakt, iż wóz ów należał do niejakiego Szeryfa Kretzera (Kevin Bacon). Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że szeryf w bagażniku ukrywa zwłoki, które skrzętnie ukrywa w dziurze na polance, uprzednio pakując je w gustowny, czarny wór. Wszystko może i byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że szeryf po zakopaniu denata chce spokojnie wrócić do domu, jednak, ups, nie ma czym.
Potem następuje szereg zdarzeń - usuwanie dowodów przez pana Bacona (nie do końca wiadomo, co się stało ale usuwa ostro), próba nawiązania łączności z chłopaczkami przez radio, przypadkowy świadek widzący małoletniego za kierownicą radiowozu, wreszcie przerażający krzyk dobiegający z bagażnika, zabawy z bronią itd.
Akcja to za duże słowo. Kto z Was widział "Blue Ruin", "Cold in July" lub "The Rover" ten wie, że główną zaletą tych filmów jest powolność, snujstwo, sceny długie jak spaghetti, a zarazem takie napięcie i gryzienie pazurów, że na miejscu usiedzieć się nie da. Taki też jest "Cop Car". Powolny, ciągnący się jak gil z nosa, żółty, cichy. Krew jest bardziej ohydna niż kiedykolwiek, a cisza sprawia, że czeka się na najgorsze.
Duże brawa dla Bacona. Szacun. Nie wiem jak z oglądalnością, ale "Footloose" to to nie jest. Fajnie było zobaczyć Shea Whigham'a. Powoli, powoli, myślę, że ten pan nam wszystkim jeszcze skopie tyłki.

Jedynym minusem filmu są dla mnie te dwa małe przygłupy. Naprawdę nie mogę przeboleć rzucania pistoletem lub podawania go koledze lufą do twarzy. Przedszkolaki zrobiłyby to lepiej. Już nie wspomnę o tym, że film dzieje się w Juesej, gdzie w każdym domostwie znajduje się jakaś broń. Cóż. Za głupotę trzeba płacić. Ale o tym cicho sza.
Film oczywiście polecam. Rzadko zdarza się taki wąs u mężczyzny. 

sobota, 19 września 2015

Sicario


"Where's my fucking column?" ryknął mój redaktor naczelny, czym zmusił mnie do spędzenia sobotniego wieczoru przed komputerem. Cwaniak siedzi teraz, pije piwo i suszy zęby, a ja się zastanawiam bo rzadko się zdarza, żeby brakowało mi słów. Ciut mi brakuje.
O Denisie Villeneuve pisałam już kilkakrotnie, za każdym razem plasując go w czołówce moich ukochanych reżyserów. Wczorajszy wieczór utwierdził mnie w przekonaniu, że ten człowiek jest mistrzem walenia moją szczęką o podłogę. Żadna laska żrąca popkorn i koleś ciągnący wódę z flaszki nie byli w stanie mi przeszkodzić. 


"Sicario" to historia agentki FBI - Kate (Emily Blunt), która zostaje wciągnięta w akcję pod tytułem "zgarniamy szefa meksykańskiego kartelu narkotykowego". Akcja śmierdzi, owiana jest jakąś tajemnicą, grubą ściemą ale Kate brnie. Musi wiedzieć i tyle. Skoro już dała się zrobić chce się przekonać, czy było warto. Leci zatem do El Paso, które jednak okazuje się być Juarez. Towarzyszą jej (a raczej ona im) dwaj dżentelmeni - Matt (Josh Brolin) oraz Alejandro (Benicio Del Toro). 
Ostatni raz tak się bałam, hmmm, nie pamiętam kiedy. Żaden horror, żaden wypasiony thriller nie zrobił ze mną tego, co ów film. Od samego początku, od wjazdu na chatę, po ostatnią scenę bolał mnie brzuch, serce waliło jak oszalałe, a mózg podsuwał mi najgorsze scenariusze. Trzy razy zatykałam uszy, dwa razy wbiłam pazury w towarzyszące mi ramię. 
Jezus Maria. Całą drogę powrotną do domu miałam wrażenie, że z samochodu obok wyskoczy łysy, wytatuowany koleś i przystawi mi spluwę do głowy. W nocy śnił mi się mały chłopczyk (z Meksyku naturalnie), który celował mi w stopy, a ja leżałam nieruchomo i czekałam, kiedy mnie zabije. I taki jest ten film. Ciągłe czekanie w niewyobrażalnie wielkim napięciu. Cisza, przydługie spojrzenie w oczy, przejście tunelem i broń, która w każdej chwili może wystrzelić. Nie, nie wtedy, kiedy się spodziewałam. Wtedy, kiedy nie spodziewałam się w ogóle. Jeżeli chodzi o budowanie napięcia Villeneuve jest moim mistrzem i nie ma bata, żeby ktoś zajął jego miejsce. Za każdym razem kiedy oglądam jego film jestem tak bardzo zdenerwowana i nie gotowa i tak bardzo kocham to uczucie, że, mimo dziwnego mrowienia w brzuchu, chcę więcej i więcej. 


Byłam Kate. Patrzyłam jej oczami i myślałam jej mózgiem. Czułam się wyalienowana, odstawiona na bok i potraktowana jak piąte koło u wozu. Czułam się oszukana, a przede wszystkim kolejny raz (dzięki Denis, zawsze mi to robisz) pozbyłam się jakichkolwiek złudzeń.
Villeneuve się nie pieprzy. Pokazuje jak jest. Nie ma miłych zakończeń. Są trzej główni bohaterowie, których nie jestem w stanie ocenić. Tacy po prostu są i koniec. Tak jest w Juarez i koniec. Dzieci grają w piłkę, nagle słychać strzały, mecz zostaje przerwany, strzały cichną, mecz zostaje wznowiony. Tak jest i koniec. Nikt tego nie tłumaczy, nikt się temu nie dziwi. Cały Denis. Wychodzę z kina zmielona, wypluta i zaczynam  rozumieć, że ten szary i brązowy kolor to nie tylko kurtka i kolor ścian. Odechciewa mi się starać i dążyć bo jest jak jest. I będzie nadal. 
Aktorsko wymiotło. Emily Blunt lubię od zawsze. Za scenę z kowbojem lubię jeszcze bardziej. Josh Brolin w końcu zaczyna wychodzić na salony, jak wino, im starszy tym lepszy. Cwaniacki uśmieszek i japonki. Prawda ukryta gdzieś tam, pod kopułą. I wreszcie - Benicio Del Toro. To jest jego film. To jest film jego obślinionego palca włożonego w ucho kowboja. To jest jego spojrzenie, wilcze i złe. Sprawiające, że duzi chłopcy płaczą, a drobnym kobietom trzęsą się ręce. To jest, czarno na białym, definicja stwierdzenia "iść po trupach do celu". 
Nikogo nie polubiłam, nikogo nie znielubiłam. Nic nie było złe, nic nie było dobre. Za to wielbię Denisa V. Jest jak jest, tak, a nie inaczej. Patrzę na sytuację i po prostu ją przeżywam i nie mam w ogóle ochoty na ocenę postępowania kogokolwiek. Czuję się oblepiona tym filmem. Chcę już pomyśleć o czymś innym ale nie umiem. Czuję brud, syf, krew. Boję się, chociaż w zasadzie nie wiem czego. Jestem wywrócona na lewą stronę, wyjęta z pralki i wygnieciona jak pościel po upojnej nocy.

Nienawidzę tego uczucia wiecznego spięcia i strachu, a jednak wciąga mnie to cholerne bagno i z każdą minutą chcę bać się bardziej. I ta cisza, której tak często potrzebuję w "Sicario" jest największym wrogiem. Cisza, spojrzenie i ryp. Jesteś trupem. 
I ta, kurde, Kate odarta z jakiejkolwiek nadziei. Widzę siebie i pewnie większość ludzi, którym kiedyś wydawało się, że świat będzie leżał u ich (moich) stóp. Ja będę ostatnim sprawiedliwym, królową życia i człowiekiem z misją. Wszystko się zmieni, kiedy tylko zostanę lekarzem, policjantką, nauczycielką. Spod mojej ręki wyjdą najmądrzejsze zdania, a świat przekona się o mojej genialności. I tutaj dostaję między oczy wielkim fakiem posłanym mi przez Denisa Villeneuve. Amen.